Krążenie kultury
Mirek Filiciak i Alek Tarkowski (oraz Richard Avedon w tle), fot. A. Słodownik

Krążenie kultury

Rozmowa z Mirkiem Filiciakiem i Alkiem Tarkowskim

Największe ryzyko w całej tej rozmowie to taka absolutna polaryzacja i totalne upraszczanie. Przy zapominaniu, że wolność jest też odpowiedzialnością. Szkoda byłoby zaprzepaścić możliwości, jakie daje kulturze internet. Ale jeśli to się stanie, to winna nie będzie tylko jedna strona

Jeszcze 6 minut czytania

AGNIESZKA SŁODOWNIK: Wyobraźmy sobie, że padł prąd. Nie możemy zajrzeć do mash-upowej wersji raportu Obiegi Kultury. Przyniosłam papier i kredki i chciałabym was prosić, abyście analogowo-graficznie opowiedzieli o raporcie.

ALEK TARKOWSKI
: Trzeba zacząć od tego, że mamy media takie jak telewizor i radio, telefon, oraz komputer z podłączeniem do chmury, czyli internetu. Żeby obraz był kompletny, mamy też instytucje kultury i obieg z ręki do ręki, np. przekazywanie treści na pendrive’ie. A w tym wszystkim oczywiście mamy użytkowników.

MIREK FILICIAK: Których można pokazać jako węzły sieci – wiele kropek, pomiędzy którymi są połączenia kolorami odpowiadającymi kolorom różnych mediów na naszym rysunku.

To dlaczego narysowaliście Polskę podzieloną na pół?

AT: Mniej więcej połowa Polaków korzysta z internetu, a połowa nie korzysta.

fot. A. Słodownik

Jaki jest obieg pomiędzy tymi mediami, a Polakami?

AT
: Mówiąc o obiegu, mówimy o dwóch rzeczach. Pierwsza – to jednostki, które zdobywają dostęp do treści kultury i z nich korzystają. Ale obieg jest też obiegiem przepływu treści. Za większością z tych obiegów w różnym stopniu stoją jacyś pośrednicy. Obieg nieformalny zaś ma miejsce tylko w niektórych mediach: głównie w sieci i podczas kontaktów face-to-face. Do sieci jednak część treści wpada z obiegu oficjalnego i zaczyna się rozprzestrzeniać. Nasze badanie tego nie obejmowało, ale można by spróbować odpowiedzieć na pytanie, ile w nieformalnych sieciach jest treści nieformalnych, a ile formalnych. Wielu ludzi uważa, że od tego zależy rozmowa o tym, czy „kultura umiera”. Argument jest taki, że „nie umiera, bo są nowe treści”, na co media nadawcze odpowiadają, że „owszem, ale te treści pochodzą od nas”.

Obiegi Kultury. Społeczna cyrkulacja treści. 01

Badanie, mając na celu poznanie i zrozumienie nowych praktyk kulturowych, objęło obszar zazwyczaj pomijany w statystykach, czyli obieg nieformalny. Badanie miało charakter ilościowy i przeprowadzone zostało przez zespół badaczy Centrum Cyfrowego Projekt: Polska, w dwóch turach: między 19 a 26 maja 2011 (pilotaż, w którym wzięło udział 1004 osoby) i między 20 września a 2 października 2011 (przebadano 1283 osoby).

Wyniki dostępne są w trzech formatach: klasycznym pdfie, infografikowym mash-up oraz online otwartym na komentarze.

MF: To, co chcieliśmy zrobić, mając świadomość, że jest to obarczone marginesem błędu, to wgryźć się w procesy nieformalne. Te, które umykają w innych badaniach. Trzy dni przed premierą raportu w serwisie „Krytyki Politycznej” ukazał się tekst o tym, że nasza wiedza o aktywności kulturalnej Polaków jest zapewne niepełna, bo brakuje nam informacji o tym, co nieformalne, co krąży głównie w internecie. I my chcieliśmy ten obraz uzupełnić. Myślę, że po części nam się to udało. Skala obiegu nieformalnego okazała się gigantyczna. Według nas to zmienia sytuację rozmowy o polityce kulturalnej.

AT: Przymykanie oka na procesy nieformalne ma obecnie miejsce w wielu momentach. Ciekawa była ostatnia dyskusja na seminarium Edwina Bendyka „Kultura i rozwój”, gdzie Minister Bogdan Zdrojewski zrobił swego rodzaju exposé swojego resortu. Wyłonił się z niego obraz, w którym kultura równa się instytucje kultury. Nie tylko instytucje kultury wysokiej. Biblioteki, domy kultury też. Natomiast nie było w ogóle mowy o mediach, nawet o mediach publicznych.

fot. A. SłodownikDlaczego narysowaliście Afrykę?

MF: Na początku lat 70. do Kenii i Ghany przyjechali biali badacze, m.in. po to, żeby pomóc ONZ w analizach lokalnej ekonomii. Chodziło o przystosowanie planów wsparcia do lokalnych warunków. Chcieli pomóc, jak to biali ludzie [śmiech]. I szybko okazało się, że patrzenie na aktywności ekonomiczne ludzi żyjących w tych dwóch krajach przez pryzmat kategorii formalnych, takich jak praca na umowę sprawia, że widzi się niewiele. Na tej podstawie trzeba by stwierdzić, że mało kto ma tam prawo przeżyć. Podczas gdy głównym źródłem zdobywania pieniędzy są takie aktywności jak drobny uliczny handel, hodowanie w domu roślin, pożyczki, itd.

AT: Ten wątek wciąż jest aktualny – na przykład w książce Roberta Neuwirtha o ekonomii „zrób to sam”, którą on nazywa systemem D, a „de” jest skrótem od francuskiego „la débrouillardise”, oznaczającego zaradność i spryt. On pisze o tym, co się dzieje w Afryce, ale też o ludziach produkujących drogą, ekologiczną żywność w Nowym Jorku, też bez zezwoleń i podatków. W Polsce jest to ekonomia nianiek bez etatu, babć pomagającym rodzinom, pań, które przed oficjalnym bazarem mają skrawek łóżka polowego z towarem, bab przyjeżdżających ze wsi z mięsem…

MF: Ironia polega na tym, że to są wszystko zjawiska, które kojarzą nam się z „zacofaniem” albo PRL-em, ewentualnie patologią. Ale wystarczy trochę zmienić perspektywę i okaże się, że są też istotną częścią wolnorynkowej współczesności.

Czy dominuje pogląd, że w kapitalizmie taki obszar jest „niepotrzebny”, bo obieg formalny realizuje wszystkie potrzeby?

MF: Tak, albo że to się po prostu nie dzieje. Że to margines, który zanika. W PRL-u było dużo niedoborów, więc ludzie musieli sobie radzić. Ale w momencie, kiedy wszystkie te nisze miałyby zapełnić rynek, to ta „de-ekonomia” staje się tylko spadkiem po przeszłości. To się zmieniło na poziomie rozpoznania badawczego w połowie lat 80., kiedy zaczęto pokazywać, że w kapitalizmie obieg nieoficjalny przybiera być może inne formuły, ale też jest konstytutywną częścią gospodarki. I ciągle jest ważny.

Obiegi Kultury. Społeczna cyrkulacja treści. 02

Wyniki badania pokazują między innymi, że:

– Tylko 13% Polaków kupuje książki, muzykę lub filmy. Aż 33% uzyskuje je w postaci cyfrowej, w sposób nieformalny i za darmo.

– Jeśli do obiegów nieformalnych włączyć też „fizyczne” formy wymiany, jak pożyczanie sobie płyt, to uczestniczy w nich 39% Polaków. Trzykrotnie więcej, niż w rynkowym obiegu, opartym na kupowaniu.

– W obiegu nieformalnym, także tym dokonującym się poza siecią, biorą udział niemal wyłącznie internauci.

Uznaliście, że ten obieg nieoficjalny jest „niedopieszczony” i trzeba się nim zająć?

AT: Rzeczywiście szybko pojawia się myśl, że prawdopodobnie dokładnie to samo obowiązuje w kulturze.

MF: To funkcjonowało w kulturze zawsze. Chcieliśmy sprawdzić, czy nie jest tak, że narzędzia internetowe sprawiają, że ten obieg nieformalny staje się coraz większy. On już nie działa na zasadzie towarzysko-bazarowej, tylko wręcz przemysłowej.

AT: Kluczową rzeczą było też sprawdzenie, czy ten temat istnieje w ogóle poza siecią.

Istnieje?

AT: Skala wyjmowania treści z internetu i rozdawania ich na pendrive’ach, płytach, dyskach twardych osobom nie korzystającym z internetu, jest nieduża.

MF: Tak, treści krążą, ale na zasadzie, że ktoś, kto ściąga, daje coś komuś, kto też ściąga.

AT: Tym razem akurat na płytce, a nie przez sieć peer-to-peer. Ten brak obiegu fizycznego był zaskakującym wynikiem.

fot. A. Słodownik

W badaniu Młodzi i media wyszło zaś, że istotne było dzielenie się nie tylko przez internet. Jak się ma jedno do drugiego?

MF: Nie chodzi o to, że obieg nośników fizycznych jest strasznie mały, ale że on jest strasznie mały wśród osób nie korzystających z internetu. Na to, o czym mówimy, nakłada nam się drugi problem. Ludzie, którzy są zainteresowani aktywnym korzystaniem z treści kultury innych niż pochodzących z telewizji, z reguły raczej korzystają z internetu. Wiąże się to z zamożnością, wykształceniem, wiekiem. Ponurą częścią naszego raportu, zwłaszcza wniosków z pilotażu, jest to, że większość Polaków niespecjalnie się garnie do pozyskiwania treści w ogóle. Legalnie, czy nielegalnie, rynkowo, nierynkowo, formalnie, nieformalnie. Przemysł kulturowy jest bardzo nastawiony na to, aby osoby korzystające z obiegu nieformalnego wtłoczyć wyłącznie w obieg formalny, zupełnie lekceważąc to, że większa część społeczeństwa…

… w ogóle nic.

MF: W ogóle nic.

AT: Zaraz. Ja też bym powiedział „nic”, ale potem się łapię, że to jest moje skrzywienie. Tym „nic” jest bowiem telewizja i radio. Trochę mi smutno, że o radio mówię „nic”. A o telewizji? Z tym nie mam kłopotu [śmiech].

W badaniu szczególną uwagą objęliście grupę tzw. aktywnych internautów. Czy oni oglądają telewizję i słuchają radia?

Obiegi Kultury. Społeczna cyrkulacja treści. 03

Badanie pozwoliło ustalić między innymi, że:

– Tak zwani aktywni internauci są bardzo aktywni kulturalnie. Kupują dużo książek, muzyki i filmów, pomimo, że korzystają też z darmowych treści dostępnych w internecie.

– Wśród aktywnych internautów w ciągu minionego roku minimum jedną książkę przeczytało aż 89% z nich.

– Wśród aktywnych internautów, minimum raz do roku kino odwiedza 82%. Najaktywniejszą część tej grupy stanowią osoby ściągające pliki z filmami z sieci.

– 29% aktywnych internautów kupiło w ciągu minionych 3 miesięcy płytę CD.

– W ciągu kwartału płytę z filmem kupił dla siebie niemal co czwarty aktywny internauta.

– Dla trzech czwartych osób z grupy aktywnych internautów najważniejszym powodem, dla którego wybierają obieg nieformalny, jest cena oraz większy wybór, 2/3 wskazuje na większą aktualność.

AT: Wszyscy oglądają telewizję. W całym społeczeństwie wynosi to 97%, a wśród aktywnych internautów jest niewiele mniej, 93%. Tylko, że ci ostatni spędzają przed telewizorem o wiele mniej czasu. Średnia krajowa to ok. 20h tygodniowo, a wśród aktywnych internautów to ok. 5-8h tygodniowo. Wśród internautów oni sobie też rozdają pendrive’y i płyty, ale nie ma przepływu od internautów do nieinternautów, np. „Babciu, masz tu najnowszą składankę, ściągnąłem ją z sieci i wypaliłem ci na płycie”. Oczywiście nieinternauci pożyczają sobie książki, płyty legalne, płyty ze straganów. Jednak jak jest się w Polsce aktywnym kulturowo, to przynajmniej choć trochę korzysta się z internetu, a świat ludzi bez internetu jest w ogóle kulturową pustynią.

Pustynią oprócz radia i telewizji, których jednak słuchają i oglądają.  

AT: Maniakalnie, więc może słowo „pustynia” nie jest najszczęśliwsze.

Czy po stronie internautów też wyszło z badania coś, co podważa z kolei ich aktywność?

MF: Gdy mówi się o zmianie, którą wprowadził internet, to ciągle słyszymy to wyświechtane „zatarcie się różnic między nadawcami i odbiorcami”. Że konsumenci są też producentami treści. Podczas gdy, zwłaszcza w polskim kontekście widać, że to wcale nie jest tak, że wszyscy młodzi ludzie kręcą filmy, wrzucają je do sieci, nagrywają muzykę – to jest raczej kilku niż kilkunastoprocentowa grupa. Czymś, co jest pomijane, między innymi dlatego, że wchodzi w konflikt z prawem, jest właśnie temat redystrybucji treści wytwarzanych profesjonalnie, wytwarzanych przez innych.

Te wszystkie czynności z przedrostkiem „re”.

fot. A. SłodownikMF: Chcieliśmy pokazać społeczną cyrkulację treści kulturowych, bo wydaje nam się, że kultura jest takim społecznym klejem. Co oczywiście nie znaczy, że mówimy: kopiujcie i wymieniajcie się plikami, to jest najlepsze, co może spotkać kulturę. Diagnozujemy stan faktyczny. Ale trzeba pamiętać, że produkcja tego kleju kosztuje.

Kwestia problematyczna, którą dało się odczuć na premierze raportu w Zachęcie, gdzie dyskusję zdominował język ekonomii, oraz o której piszecie dużo w raporcie – to brak aparatu pojęciowego, wspólnego języka, który adekwatnie odzwierciedlałby nowe procesy, podmioty, relacje.

MF: W Zachęcie rozmowę zdominował język ekonomii, bo od tego wątku w ogóle zaczęła się dyskusja. My nie chcemy używać słowa „piractwo”, bo to jest zbyt mocno nacechowane, więc mówimy „obieg nieformalny”. Mamy jednak poczucie, że wchodzimy w taki sztuczny język teorii. Nasze badanie to tylko wstępne rozeznanie problemu. Badanie ilościowe było potrzebne, ale ankietą pewnych rzeczy zbadać się nie da. Ważna jest też jednak kwestia pewnej zmiany systemu wartości.

Obiegi Kultury. Społeczna cyrkulacja treści. 04

Badanie pozwoliło ustalić między innymi, że:

– Nowe technologie nie pozostają bez wpływu na sposoby korzystania z treści, czego dobrym przykładem jest muzyka. Zaledwie 8% osób pobierających muzykę z Sieci, ściąga wyłącznie całe albumy. 31% zarówno całe albumy, jak i pojedyncze pliki, za to aż 61% ściąga tylko pojedyncze pliki z muzyką. Fragmentaryzację albumów z muzyką widać też w strukturach kolekcji.

– Spośród osób korzystających w ostatnim miesiącu na komputerze z pliku z filmem, muzyką lub książką, aż 59% pożyczyło lub skopiowało filmy lub seriale od znajomych. Na techniczne sieci wymiany plików nakładają się sieci społeczne – wymiana filmów jest częścią życia rodzinnego i towarzyskiego.

W dyskusji wokół ściągania plików z sieci mamy debatę, w której ktoś w wieku 50+ mówi: „O czym my tu w ogóle rozmawiamy? Jakie konsultacje społeczne? Ze złodziejami się nie rozmawia”. A ktoś, kto ma lat dwadzieścia kilka myśli: „O co chodzi? Złe korporacje nazywają nas złodziejami. To absurd, bo internet na tym polega, że mamy z niego korzystać”. Trudno to pogodzić. Centrum Cyfrowe zrobiło niedawno z SMG/KRC ankietę na temat protestów przeciw ACTA. Okazało się, że większość ludzi do 44-ego roku życia uważa, że obywatele mają prawo do dostępu do treści w sieci, nawet, jeśli to narusza prawa autorskie. I oczywiście nie chodzi o to, że skoro ludzie tak myślą, to trzeba to zaakceptować. Ale widać, że coś się zmieniło. Złapanie balansu między prawami biznesu i oczekiwaniami ludzi nie będzie łatwe. Zwłaszcza w wypadku „starego biznesu”, bo firmy z branży internetowej widzą, co się dzieje i są znacznie bardziej elastyczne.

W raporcie może nie apelujecie, ale na pewno kładziecie duży akcent na zmianę sposobu mówienia. Wprowadzając jednocześnie inną kulturę rozmowy w debacie publicznej w ogóle, nie tylko o kulturze. Konstruktywność i przede wszystkim mniej emocji. Wątek komunikacji wiąże mi się oczywiście z językiem, z używaniem tych „przeterminowanych” słów jak „piraci” i „korporacje”, bo nie dysponujemy słownikiem adekwatnym do nowych ruchów oraz podmiotów, których te ruchy dotyczą. Dlatego chciałam wam zaproponować grę w słowotwórstwo. Dla rozruszania kilka propozycji:
–    „skupony”, czyli pojęcie z domeny ekonomii uwagi: nowa waluta określająca potencjał danego dzieła do utrzymywania uwagi użytkownika,
–    „rekolekcje”, czyli zbiory przetworzonych treści, zazwyczaj: niewielkie, bowiem ludzie nie za bardzo kolekcjonują według waszego badania,
„dzieło porośnięte”, czyli skala i jakość odwołań do pierwszego ruchu w tym dziele (kiedyś: do tzw. dzieła oryginalnego).

MF: Idąc tropem tego ostatniego możemy dojść do wniosku, że najbardziej istotnym dziełem ostatniego roku jest zdjęcie Zbigniewa Hołdysa.

Albo Biblia. Byłaby dziełem najdroższym.

AT: Moglibyśmy mówić bardziej swojsko: „zbójnictwo”. Czyżbyśmy nie mieli własnej kulturowej odrębności? Jest „Janosik“ i ten bohater z „Kajko i Kokosza”..

MF: Rumcajs.

AT: Rumcajs to nie nasz!

MF: Jeśli ma być nasze, to może internet zamieńmy na „gościniec”. Swojskie określenie na drogę, czyli infrastrukturę komunikacyjną, sympatyczne, bo jest też o gościnności. I równocześnie oznacza prezent… A może powinniśmy jednak używać istniejących określeń anglojęzycznych: „seed’ersi” i „leech’ersi”, czyli ci, którzy są źródłem treści i pijawki, czyli użytkownicy. Choć nie jestem pewien, czy pijawki brzmią dużo lepiej, niż piraci. Chyba że ktoś wierzy w leczenie pijawkami…

To naprawdę jest robota dla językoznawcy.

Marshall McLuhan w „Counterblast” (1954)

”Wszystkie nowe media, włącznie z prasą, są formami sztuki mającej moc narzucania, tak jak poezja, własnych założeń. Nowe media nie są narzędziami łączenia się ze starym 'prawdziwym' światem; one są prawdziwym światem i przekształcają to, co zostało ze starego świata”.

MF: Pytanie, czy da się stworzyć jeden język. Na przykład jakiś termin, którego będzie używać i producent, który czuje się okradany, i ten, który ściąga i nie chce być obrażany.

AT: Druga sprawa jest taka, że możemy poćwiczyć słowotwórstwo, ale nie unikniemy tego, że w szczególnie momentach formalnych będzie się pojawiać słownictwo typu „pole eksploatacji” czy „dozwolony użytek”. Trudno będzie od nich odejść. Warto jednak zasygnalizować, że jest taka perspektywa, w której to prawo okazuje się barierą, choć w ogóle nie chcę poruszać wątku typu „zniszczmy prawo”. Od dawna wiadomo z analiz internetu, że jest taki nurt technologiczno-wolnościowy: przyszedł internet, technologia zmieniła warunki i w ogóle możecie zapomnieć o prawie. Ludzie po prostu zawsze chcą mieć rzeczy aktualne i wygodne, co wychodzi w naszych badaniach, czyli to nieformalne jest po prostu konkurencyjne wobec formalnego. A aktualny będzie zawsze ten, który pójdzie na skróty.

MF: Fundamentalne pytanie brzmi: w jaki sposób myślimy o kulturze. Wydaje się, że przynajmniej od czasu końca zimnej wojny w polityce kulturalnej państw dominuje pogląd, że kultura jest narzędziem rozwiązywania problemów społecznych. Jeśli patrzymy na to w ten sposób, to te nieformalne obiegi są super ważne. To jest właśnie myślenie o kulturze jako o kleju społecznym, czymś, co pozwala nam przepracowywać pewne tematy, tworzy różne systemy wartości, jest sferą symboli. Z tej perspektywy, nie popadając w romantyzm, jest świetnie, że te treści krążą. One są takim społecznym tokenem. Czymś, co ludzie mogą sobie przekazywać. Odwołując się do Manovicha piszemy, że nie możemy pogrzebać sytuacji, w której treść kultury nie jest czymś zamkniętym; sytuacji, w której ja mogę treść wyjąć, przekazać i ona obrasta jak taka społeczna kula śniegowa.

Postuluję więc, żeby poszerzyć definicję złego i dobrego krążenia o sposób ewaluacji nowych rozwiązań, na przykład prawnych czy technologicznych, pokazujący ich przełożenie na intensywny obieg treści kultury. Dobre krążenie jako stan pożądany.

MF: Tu natrafiamy na kwestię godzenia modeli biznesowych. Producenci też muszą pamiętać o tym, że wpuszczanie treści w obieg bywa marketingiem. Henry Jenkins ma to słynne hasło, że jeśli to nie krąży to znaczy, że jest martwe. Czyli produkowanie rzeczy w ten sposób, aby wypączkowały w sieci. Internauci wtedy wykonują darmową robotę marketingowców. Rzecz w tym, żeby w bilansie uwzględnić nie tylko te momenty, w których korzystają internauci, ale też takie, gdy korzystają firmy. Którym na końcu i tak trzeba będzie – w co głęboko wierzę – płacić. Ale nie na takich zasadach, jak płaciliśmy w czasach, gdy treści były przywiązane do nośników fizycznych.

fot. A. Słodownik

AT: Dobrze wiadomo, że alternatywne modele biznesowe istnieją. W gospodarce opartej na informacji, przy nowym rozłożeniu ilości pracy do ilości osób może się okazać, że realny jest model minimalnej powszechnej pensji. Jednak będąc Beatą Kozidrak, na popkulturowym szczycie, albo wydawnictwem, trudno jest się przerzucić na zupełnie inny model biznesowy, znając dobrze zyski obecnego modelu. To jest trochę jak z tym pojęciami w naszym ćwiczeniu. One są fajne, ale pewnie szansa, że któreś się przyjmie jest niewielkie, bo jest obciążenie przeszłością.

MF: Z raportu International Federation of Phonographic Industry o rynku muzycznym wynika, że jego wartość wzrosła. O 65% z roku na rok wzrasta ilość ludzi korzystających z takich usług, które mają stałą opłatę miesięczną, ze stałym dostępem. Czyli widać, że ten model ma szansę powodzenia. Choć oczywiście każdy zobaczy w tym raporcie to, co dla niego wygodne – dla mnie wzrost rynku to efekt nowych modeli usług, ale można go też wiązać np. z radykalizacją prawa autorskiego we Francji. Tam sprzedaż muzyki w internecie wyraźnie wzrosła. To jest też temat, który porusza Edwin Bendyk – kwestia szerszego kontekstu. Sytuacja zachodniego kapitalizmu jest taka, że zabrnął trochę w ślepą uliczkę. Nagle się okazało, że fantazje o kapitalizmie kognitywnym, o – jak to nazwał Krzysztof Nawratek – „cappuciono cities”, o tym, że będziemy tylko sobie stukać na laptopach w fajnych kawiarniach i wytwarzać wartość dodaną,  że to wszystko przestaje się sklejać. A na reindustrializację jest już być może za późno, bo Chińczycy produkują nie tylko taniej, ale efektywniej i elastyczniej. W tym kontekście takie przepisy jak ACTA albo SOPA są próbą dociskania, egzekwowania prawa autorskiego, bo w globalnym podziale ról w Europie i Stanach wytwarza się bardziej własność intelektualną, niż gdziekolwiek indziej. I żeby to się wszystko zbilansowało, próbuje się rozpaczliwie tego pilnować.

A co z kategoriami takimi jak: przysługi, dary, banki czasu?

MF: Musimy znaleźć równowagę pomiędzy tym, że wszyscy musimy jeść i pić kawę, i że pieniądze są ważne, a z tym, żeby wszystko nie opierało się na kupowaniu. W naszym raporcie wprowadzamy kategorię daru bardzo ostrożnie i ona pojawia się w zasadzie tylko raz przez chwilę. Kategoria daru bowiem zawsze wiązała się z zobowiązaniem i wyrzeczeniem. Teraz dajesz dary, które cię nic nie kosztują. A przestrzegania warunków umowy pilnuje za ciebie program (typu peer-to-peer), który to wszystko reguluje.

fot. A. Słodownik

Wracając jeszcze do tej zabawy językowej mam wrażenie, że łatwo utknąć na takiej mieliźnie fiksacji, na myśleniu walutą, wartościowaniem. Jedynym sensem tworzenia tych pojęć teraz, tak na ślepo, jest lekkie zdystansowanie się do tych „starych” pojęć.

MF: Wprowadzasz terminy, które testują, na ile ludzie są w stanie skojarzyć pewne praktyki z innymi wartościami, na ile wartością dzieła jest to, że ono krąży, że to jest proces a nie produkt.

I na ile jest tak, że elastyczność systemu udostępniania jest celem.

MF: Tak, ale z naszego badania widać, że margines nie jest marginesem. Obiegi nieformalne są duże i w Polsce, i w Stanach, i w Szwecji, w zasadzie wszędzie, gdzie internet jest „duży”. Zresztą tam, gdzie internet jest niszą, obieg nieformalny też jest pokaźny, tylko działa na innych zasadach. Więc to nie jest tak, że my jesteśmy jacyś skrzywieni przez PRL. Problem z elastycznością polega na tym, że każdy oczekuje jej tylko od tej drugiej strony. Łatwo jest mówić tym, którzy ściągają, do producentów, żeby byli „bardziej elastyczni”. Tymczasem biznes cały czas mówi „bądź bardziej elastyczny i wyjmij kasę z kieszeni”. Pytanie, jak to zrównoważyć. Największe ryzyko w całej tej rozmowie to kwestia poruszona na początku: taka absolutna polaryzacja i totalne upraszczanie. Przy zapominaniu, że wolność jest też odpowiedzialnością. Łatwo jest krzyczeć o wolności, jeśli chcemy swojej swobody kosztem kogoś innego. Szkoda byłoby zaprzepaścić możliwości, jakie daje kulturze internet. Ale jeśli to się stanie, to winna nie będzie tylko jedna strona.

fot. A. Słodownik

Warszawa, 28 stycznia 2012 r.