Real – Niereal – Surreal

Agnieszka Słodownik

Nadążyć za swoim „Profilem” na Facebooku nie jest łatwo. Zasady, odzwierciedlające Piękne Pragnienie Prawdy, piętrzą się i mnożą. Zasad należy przestrzegać. Spieszmy się kochać profile, tak szybko odchodzą

Jeszcze 4 minuty czytania

PRZESTÓJ W LONDYNIE

Kuchnia w Kentish Town, bo socjale zawsze lokują się w kuchni. Georgie wita mnie od progu historią z nierealu. Widzę ją pierwszy raz w życiu. Jeszcze nie pamiętam, że ma na imię Georgie. Jest wciąż tylko koleżanką koleżanki, która uprzejmie przesypia mnie w swoim łóżku, sama udając się na sofę w domu wynajmowanym w osiem osób plus satelity takie jak ja. Opowieść Georgie nie może przeczekać grzecznościowych formułek powitalno-zapoznawczych i rozczarowania moją nie-egzotyczną narodowością, szybko wprowadza mnie i innych w meandry swojego małżeństwa. Małżeństwa rozbitego przez Facebook. Opisała to w artykule dla Guardiana. Teraz, jak mówi, przedrukowują jej tekst nawet w Australii.

Najpierw był szybki ślub Brytyjki z Amerykaninem. Rodzice załamani. Chodziły słuchy, że delikwent potrzebuje zielonej karty na Wyspy, że ma szemraną przeszłość, że te puzzle nie układają się w logiczną całość. Ale plotki nie zraziły Georgie. Pół roku po ślubie mąż niefortunnie odszedł od komputera, nie wylogowując się z FB. Cóż wtedy po ustawieniach prywatności. Gdy małżonka usiadła, by skorzystać ze wspólnego laptopa, ze zdziwieniem odkryła, że ukochany odbywa pikantny chat z inną (młodszą). Georgie zassało. Już nie mogła przestać go śledzić. Przeczytała e-maile, które między sobą wymieniali (odgadła hasło do jego skrzynki). Nie pozostawiały cienia wątpliwości. Mąż miał romans w stylu WYSIAYG – What You See Is All You Get.

ZASADY

Formularz należy wypełnić rzetelnie i uczciwie. Prawda przegląda się bowiem w jego polach, a potem role się zamieniają i to pola nadają prawdzie ton. Wypada nazywać się tak jak w „Imię i nazwisko”, mieszkać w „Mieście”, znajdować się w „Obecnej lokalizacji”, wyznawać „Poglądy polityczne” oraz mieć „Religię”. „Kobieta” oznacza płeć piękną, wiek wynika z „Daty urodzenia”, relacja z „Członkami rodziny” przekłada się na więzy krwi, zatrudnienie ma miejsce u „Pracodawcy” jako „Stanowisko”, dyplom przyznany przez „Uczelnię”, hobby wynika z „Zainteresowań”, relacje psiej pociechy z psimi pociechami „Znajomych” wierne są wytycznym „Dogbook”.

FB, fot. A. SłodownikNajważniejsze to zgodnie ze stanem faktycznym opowiedzieć swój „Stan cywilny”: jak i z kim w formie przynależnej zachodniej cywilizacji. FB nie pozwala na poligamię. Zasad trzeba przestrzegać – niepoprawne informacje zaburzają system, a system lubi homeostazę. Sukcesywnie publikować zdjęcia i filmy z prywatek, chrztów i podróży, sumiennie etykietując kadry „Imionami” i „Nazwiskami”.

Można, czyli należy, podłączyć do FB swoje konta na Flickr, MySpace oraz Google, to jest do YouTube, osiągając w ten sposób pełną jawność swojej aktywności za pomocą zmodyfikowanej zasady „Podaj dalej, moja kasa przyjmuje teraz nowy towar”. Konfesjonał „Ulubionych” i „Subskrypcji”. Spowiedź jest dobrowolna, ale algorytm „Najbardziej popularnych”, czyli „Top news” aktywności „Użytkowników” w portalu, skutecznie warunkuje. My, psy Pawłowa, szybko się uczymy, że wylewność równa się istnieniu.

Tyle na rozgrzewkę. W dalszej części do życia wkracza „Status”, którego aktualizacja determinuje działania. „Użytkownik” „je zupę pomidorową z ryżem”, więc czuje smak pomidorów. „Użytkownik” „jedzie jutro na dwa tygodnie na wakacje do Hiszpanii”, więc mieszkanie pozostaje bez opieki. „Użytkownik” sprawdza „aktywność” innych „Użytkowników” podczas kradzieży i nie wylogowuje się, więc zostaje złapany.

„Użytkownik” „lubi” „status” innego „Użytkownika”, który oznajmia, że owego „Obecna lokalizacja” to NYC. Pierwszy „Użytkownik” też chciałby móc wpisać sobie taką „Obecną lokalizację”, ale nie może, ponieważ nie byłoby to zgodne z paradygmatem prawdy. „Użytkownik” uczęszcza na „wydarzenia” „dla sprawy”, dołącza do fanów „Idei”, więc jest aktywistą. „Użytkownik” jest poprawny, nie może czegoś „nie lubić”. Ontologia FB zakorzeniona jest bowiem w USA (ba, w Kalifornii). Ojczyźnie pozytywnego standardu odpowiedzi na pytanie: „Jak się masz?” („Wspaniale!”) oraz haseł typu „Keep on smiling” („Nie przestawaj się uśmiechać”) wieszanych na drzwiach posępnych działów finansowych oddziałów amerykańskich korporacji. „Użytkownik” może więc co najwyżej złowieszczo „ignorować”, „komentować” lub „działać”, zakładając metagrupę „Jestem przeciwko zakładaniu grup reakcyjnych”.

Georgie narzeka w artykule i w kuchni w Kentish, nie na FB że za jego pośrednictwem zinternalizowała sobie narrację w trzeciej osobie. Nie potrafi przestać o sobie myśleć jako o „onej”. Ministerstwo Prawdy oraz buddyzm pochwaliłyby natomiast taką zmianę na lepsze. Jest to forma spójna ze współczesną kulturą uprzedmiatawiania się oraz ułatwiająca zdystansowane spojrzenie z zewnątrz, a tym samym wykluczenie niesławnego ja, czyli ego.

Inni nie poprzestają na myśleniu, a także mówią o sobie per on/ona.

- Cześć, co słychać? – pyta Joanna.
- Adam właśnie siedzi za kierownicą i nie może teraz rozmawiać – odpowiada Adam.

- Jak tam wystawa w Gdyni?
- „I like”
.

Najpierw jest to zabawa językiem odzwierciedlającym rzeczywistość pierwotną. Potem jest to język determinujący tę rzeczywistość. Prawo relatywizmu językowego kroczące w parze z dyktaturą pól formularzy.

Zniechęcenie światem portalu nie przeszkadza Georgie stale z niego korzystać. Z kuchni przenosimy się więc do dużego pokoju, w którym mieszka wspólny komputer mieszkańców domu. Jest dzień następny, późne przedpołudnie. Jedna z dziewczyn siedzi właśnie w sieci i sprawdza stan swojego FB, bo przecież nie pocztę, która, będąc niepubliczną, jest archaicznym narzędziem komunikacji. Dziewczynie dzwoni komórka. Po drugiej stronie aparatu Georgie prosi o przysługę. Cały dzień jest poza zasięgiem internetu (nie posiada ani iPhone’a, ani Nexusa, ani BlackBerry) i nie może zmienić swojego statusu ani zerknąć na statusy innych (męża?). Podaje więc koleżance swoje hasło i dyktuje nowy status. I słusznie. Prawda winna cyfryzować się na bieżąco.

Czasem digitalizacja prawdy ma miejsce także podczas zbliżeń seksualnych, o ile wierzyć słupkom. To cieszy i mam nadzieję, że ta tendencja będzie zwyżkować. Nie chciałabym, aby atawizmy odciągnęły nas od postzmysłowego, wysterylizowanego świata, którym zachwyciłby się może nawet sartre'owski Herostrates, a Antoine'owi Roquentin z „Mdłości” może przestałoby się odbijać. Może nawet Cioran by się rozchmurzył. Tyle tęsknoty za czystością, za brakiem śluzu. Tylko teraz możliwość natychmiastowego zaspokojenia.

DAWNO DAWNO TEMU

Czytam: „Internet wtargnął w naszą kulturę, oferując anonimowość”. Tłumię śmiech i szukam fiszki tej publikacji. O, pardon, to moja praca magisterska z 2004 roku. Tak lepiej. W poszukiwaniu „Duchowości w Internecie” postanowiłam wówczas zbadać zwarte grono uczestników forum internetowego, pierwotnie przynależącego do strony dawnej Radiostacji. Po przejęciu stacji przez Eurozet, założona została nowa strona internetowa (z nowym forum), ale dostawca internetowy zapomniał skasować stare forum z serwera. Forum właściwe wisiało więc gdzieś w zerojedynkowej przestrzeni pod kuriozalnie skomplikowanym adresem, nieznajdywalne w wyszukiwarkach. Przyjęło nazwę Oldskul. Grupa dodatkowo się zhermetyzowała. Użytkownicy na wylot znali swoje style pisania i często rozpoznawali anonimowe wpisy. Były też do wyboru różne „skórki”, np. minimalistyczna, biało-czarna dla osób z korporacji. W celu osiągnięcia choć chwilowego dystansu do emocjonalnych debat
w sto pięćdziesiątym szóstym wpisie każdego tematu z automatu wskakiwał symboliczny Pomidor.

Ja też spędzałam na rzeczonym Forum zbyt dużo czasu i zastanawiałam się nad dynamiką tej grupy, chciałam dokonać wglądu w podwaliny mechanizmów, które później objawiły się w pełnej krasie na portalach społecznościowych. W rozpatrywanym przypadku internetowe relacje uczestników szybko dopełniły tradycyjne spotkania. Nie zabiło to życia na Forum. Czyli użytkownicy czerpali z internetowych form inne, potrzebne im treści, nie znajdując ich w kawiarni, na proszonej kolacji, czy w rozmowie telefonicznej? Może tożsamościowe internetowe wygibasy pogłębiają ich, ho ho, duchowość, definiowaną według kryteriów psyche jako świadomość, samoświadomość, refleksyjność.

Rozważałam też uzależnienie od internetu, „emocjonalną” samotność użytkowników, którzy poprzez uczestnictwo w Forum bronią się przed samotnością „społeczną”, możliwość, iż jest to internetowa grupa wsparcia, „pisano-terapia”. Zastanawiałam się nad Efektem Zeigarnik, który mówi o nieukończeniu jako czynniku wzmacniającym: jeśli coś nie zostało ukończone, mocniej zapada w pamięć i pojawia się silne pragnienie postawienia kropki nad i. Forum zaś to nigdy niekończąca się dyskusja. Tematy stale żyją i, być może, Efekt Zeigarnik nie pozwala użytkownikom go porzucić.

Odrzuciłam te wyjaśnienia, a więź uczestników na Forum określiłam mianem „metafizycznej” w znaczeniu pozaracjonalnej, nieuchwytnej w kategoriach naukowych, niewyjaśnialnej dostępnymi pojęciami. Atrybut ten wynikałby z cech komunikacji poprzez Oldskul lub ze specyfiki samego internetu (wtedy jeszcze pisanego z wielkiej litery). W odczuciu użytkowników, czas spędzany w ten sposób kondensował się lub rozciągał. Kondensował, bo nie trzeba lecieć samolotem dziewięć godzin, aby podyskutować z kolegą z Azji. Rozciągał, bo na każdy wątek można zareagować w dowolnym czasie. Taka „metafizyka” brała się też z poczucia odrealnienia, które dawało przebywanie na Forum dłuższy czas. Chodziło także o „metafizyczną interpretację” uzyskania bezpieczeństwa relacji poprzez odroczenie i redukcję reakcji emocjonalnych (krzyk vs. emotikon). W rezultacie tych prehistorycznych rozważań dotarłam do teorii opanowywania trwogi S. Solomona, J. Greenberga i T. Pyszczynskiego (dalej w skrócie TOT), wedle której użytkownicy odnaleźli na Oldskulu „bratnie dusze” o zbliżonym IQ i EQ, wrażliwości, wiedzy, potrzebach, starannie przefiltrowani przez sito, którym była specyficznie stargetowana Radiostacja Pawła Sito. Ta bratniość, według TOT, umożliwiałaby im z jednej strony wzrost samooceny, z drugiej obniżenie lęku dzięki wspólnie ukształtowanemu obrazowi świata. Dając kontrolę nad trwogą egzystencjalną, która ma źródło w podstawach ludzkiej kondycji: świadomości śmiertelności i kruchości zdrowia każdego człowieka.

W 2004 roku internet faktycznie oferował anonimowość. Można było do woli eksperymentować z tożsamościami. Na Oldskulu miałam ich osiem: po jednym pseudonimie na każdy nastrój wypowiedzi. Ostro: violent. Postawa ZEN: pisfulka. Itd. Czasy wprowadzania innych „Użytkowników” w błąd skończyły się ze względu na chwałę wspomnianego wcześniej paradygmatu prawdy. Anonimowość okazała się nie służyć Forum, którego głębia miała rozbić się o akcję włamania jednego „Użytkownika” na skrzynkę pocztową drugiego w celu szpiegowania poczynań byłej dziewczyny (także z Oldskula). Dziś włamywacz nie musiałby trudzić się zgadywaniem haseł, ponieważ potrzebne mu informacje odnalazłby na „ścianie” swojej eks na FB, o ile by go nie „odprzyjaźniła”. FB to Forum 2.0, podrasowana nakładka na rzeczywistość pierwotną. Wreszcie wiem, z kim mam do czynienia. Nie dziwi skrót FBI, którym znajomy oznaczył w przeglądarce link do portalu. FB stoi na straży bezpieczeństwa społeczności. Ponadto każdy jest tu wydawcą i tym samym zastępuje mi prasówkę. Nikt nie filtruje dla mnie linków do artykułów, filmów i wiadomości kulturalnych spośród infośmietnika tak, jak moi „Znajomi”.

NO EXIT

wuj dobra rada, fot. A. SłodownikPrawda, cała prawda i tylko prawda. Klikam więc wszystko, co „lubię”, informuję o własnych nastrojach i wykonywanych czynnościach, przystępuję do grup, które pełnią funkcję tagowych chmur i dookreślają mój „Profil”. Staram się. Codziennie po sprawdzeniu kont pocztowych otwieram FB (po co się wylogowywać?) i zapoznaję się z tym, co proponuje mi FB-owy algorytm „Top news”, a gdy czuję się bardziej alternatywnie, patrzę na listę wszystkich aktywności moich „Znajomych”. I aktualizuję. To absorbujące. Wiadomo: dawno nie wrzuciłam na stronę żadnych zdjęć, muszę więc zaplanować podróż i je zrobić. Gdy już zupełnie nie radzę sobie i wstydzę się, że nie nadążam za swoim „Profilem”, rozważam tchórzliwie opcję wirtualnego samobójstwa, ale kalifornijska kwatera główna przewidziała i zablokowała możliwość epatowania niskimi odruchami. Myślę więc sobie, że czas odejść z FB w sposób tradycyjny, jak kiedyś odeszło się z grono.net. Po prostu zniknąć, usunąć się, zrobić miejsce dla innych.

disloyal Rob, fot. A. SłodownikKlikam „Ustawienia konta”. Najbliższa usuwaniu jest opcja „Dezaktywacja konta”. Następne okno wyciska łzy: losowo wymieszane zdjęcia – moje i moich znajomych. Oni przecież będą za mną tęsknić, gdy odejdę. Staram się jednak jak mogę, zaznaczam wymagane pole powodu deaktywacji („Inne”). Naciskam „Dezaktywuj moje konto”. Aby kontynuować, muszę znów wpisać swoje hasło. Po ostatniej zmianie nie pamiętam go. Odszukuję zapisane gdzieś na dysku, copy, paste, serce mi wali, ale potwierdzam swój wybór przyciskiem „Potwierdź”. Otrzymuję powiadomienie o brakujących w formularzu danych. Po angielsku. Mam poczucie, że docieram do rzadko używanych połączeń z portalem, których lokalizatorzy (tłumacze systemu) nie uznali za stosowne przełożyć. Czuję, że jestem blisko rdzenia. W przypadku opcji „Inne” należy uzasadnić ów powód w osobnym oknie. OK. Wpisuję „Pomidor” i znów ponawiam wpisanie hasła. Przeszło. Jeszcze tylko (?) CAPTIA: disloyal Rob (podprogowy komunikat, że nie jestem lojalna wobec FB?) i wreszcie. Trudno uwierzyć, ale stało się. „Twoje konto na Facebooku zostało dezaktywowane”. Och. Czytam dalej: „Aby ponownie uaktywnić swoje konto, zaloguj się używając swojego starego loginu i hasła. Po ponownym uaktywnieniu konta będziesz mieć możliwość korzystania z serwisu w taki sam sposób, jak przed zamknięciem konta. Mamy jednak nadzieję, że wrócisz do nas wkrótce”.

No cóż. Pomidor.