KULTURA NA RAUSZU:  „Fucky birthday”

KULTURA NA RAUSZU:
„Fucky birthday”

Paweł Soszyński

Czy Grotowski 11 sierpnia 1982 roku był szczęśliwy czy nieszczęśliwy? A jeśli w śpiewanym przez niego „fucky birthday” pobrzmiewała smutna nuta, to z jakiego powodu? Wyciskając z mojego pytania esencję: dlaczego Grotowski upił się na smutno?

Jeszcze 3 minuty czytania


O tym, że Jerzy Grotowski pijał i potrafił się upić, wiemy od Richarda Schechnera. „Pamiętam jego czterdzieste dziewiąte urodziny, obchodzone 11 sierpnia 1982 roku w mieszkaniu André i Chiquity Gregorych w Central Park West. Przyszli goście, ale tłumu nie było. Carol Martin też ma urodziny 11 sierpnia, więc obchodziliśmy je wspólnie, jedząc i pijąc. Grot wlał w siebie sporo wódki i szampana, ja trochę mniej, Carol tylko szampana. W pewnej chwili Grotowski zaczął śpiewać: «Fucky birthday to you, fucky birthday to you, fucky birthday to you». Potem chwycił butelkę szampana, wstrząsnął nią i zaczął lać na nas strugi piany. Odpłaciłem mu pięknym za nadobne. Po chwili większość towarzystwa polewała się wzajemnie, zaśmiewając się przy tym i śpiewając”. Tą anegdotką amerykański reżyser i teatrolog rozpoczyna swój słynny tekst „Kameleon, szaman, łgarz, artysta, mistrz”.

Scena przywołana przez Schechnera jest bardzo ciekawa – i to z kilku powodów. Po pierwsze mamy w niej Grotowskiego, który pije coś innego, niż słynną mocną herbatę. Po drugie – ten dziwny, dziwnie nie polski, nie nasz, już prawie pięćdziesięcioletni Grotowski wygłupia się a nawet śmieje. Wreszcie po trzecie i najważniejsze – klnie na własne urodziny, a więc i narodziny, w rezultacie – tak to można odczytać – śpiewa mocno podgazowany o swoim „pierdolonym” życiu. Powstaje zatem pytanie: czego, jakiego uczucia, alkohol stał się 11 sierpnia 1982 roku katalizatorem?

Tekst Schechnera bardzo nie spodobał się Grotowskiemu, nie spodobał się do tego stopnia, że dwanaście tygodni przed śmiercią, w podyktowanej na łożu śmierci „Nocie do przyjaciół”, uznał on za stosowne odnieść się do kilku, przytaczanych przez Schechnera, faktów i utworzonych na ich kanwie interpretacji. „Notę” po śmierci Grotowskiego otrzymał także Leszek Kolankiewicz. Bardzo dobrze, że Kolankiewicz dostał tę notkę, bo dzięki niej, a także z powodu niewyparzonego pióra Schechnera, polski badacz napisał najwnikliwszy tekst, jaki powstał o Grotowskim (obok „Kameleona” rzecz jasna): „Grotowski w poszukiwaniu esencji”.

Dla Schechnera wybryk Grotowskiego był po prostu wybrykiem pijackim: „To także jest Jerzy Grotowski, a dlaczego nie?”. Pijany Grotowski jest więc dla niego przede wszystkim pijany, a zatem jest człowiekiem – wódka krąży tu w ludzkich żyłach. Kolankiewicz daje własną, romantyczną, interpretację "fucky birthday"; nie pozostaje zresztą Schechnerowi dłużny i także przytacza wspomnienie związane z Grotowskim: „Towarzyszyliśmy Grotowskiemu, Magda Złotowska i ja, w jego samochodowej podróży do Warszawy, skąd miał wyjechać za granicę. [...] Dopiero później uświadomiłem sobie, że podczas tamtej podróży do Warszawy Grotowski może już unosił w sobie kiełkującą decyzję, o której jeszcze nie wiedziałem: opuszczał oto Wrocław i Polskę – na zawsze. W takim stanie ducha trafił na opisaną przez Schechnera uroczystość”. Jest to – trzeba przyznać – niezwykle mocny obraz, zestawienie tych dwóch sytuacji. Radość Grotowskiego, którą tak sugestywnie opisał nam Schechner, Kolankiewicz zamienia w szaleństwo po utraconej ojczyźnie. W takiej sytuacji przywykliśmy widzieć Mickiewicza.

Był więc Grotowski, w trakcie swoich czterdziestych dziewiątych urodzin, szczęśliwy czy nieszczęśliwy? Szalał z radości czy rozpaczy? A jeśli w tym „fucky birthday” pobrzmiewała smutna nuta, to z jakiego powodu? Wyciskając z mojego pytania esencję: dlaczego Grotowski upił się na smutno? Bo chyba jednak upił się na smutno – tu zgodziłbym się z Kolankiewiczem, choćby dlatego, że w innym przypadku nie miałbym czego dociekać. W moim pytaniu kryje się jednak inne, ważniejsze pytanie: czy Grotowski był szczęśliwym człowiekiem? Odpowiedź na nie możemy, nie ma innej rady, znaleźć tylko w jego tekstach. Jak pisał Schechner: „Grotowski zniknie jak kamień wrzucony do jeziora. Poznamy go po kręgach na wodzie”. Kręgami nie są niestety współpracownicy Grota, którzy nabrali z tego jeziora „wody w usta”. Kolankiewicz woli snuć – bardzo zresztą piękną – opowieść o Jungu i świętych księgach. Ma do tego prawo – to jego opowieść, więcej – jego życie. Jak wiemy współpracował z Grotowskim. Może też – pisząc swój tekst – nie jest do końca Kolankiewiczem: jest Grotowskim, w jego imieniu odpowiada na tekst Schechnera. A skoro jest takim Grotowskim, który nie żyje, to mówić może tylko tekstem świętych pism, bliżej mu do mądrości zaświatów. Pozostają więc teksty Grotowskiego.

Gdybyśmy spróbowali je przeczytać nie jako komentarze do teorii teatralnej Grotowskiego, ale opowieść o tym, jak ich autor postrzega świat i własne życie, to czego byśmy się z nich dowiedzieli? Teksty te są zapisem wykładów, to często odpowiedzi na pytania z sali, powstawały w trakcie dialogu z ludźmi, a więc – teoretycznie – nie mają literackiego narratora, ich prawdą nie rządzi osobliwy charakter (syntaktyczny charakterek) maszyny do pisania, której Grotowski nie potrafił nawet obsługiwać. Grotowski nie pisze, Grotowski mówi, albo mówił – te eony przed powstaniem pisma i samego tekstu. Jaki jest więc świat, o którym mówił Grotowski? Jest to świat mroczny, wrogi i zakłamany, świat beznadziejny. Grotowski – „człowiek”, „ty” a więc także Grotowski – czuje się w nim „jak w grobowcu”, otoczony „skorupą, pod którą kamieniejemy”, zamurowany, odcięty od życia, samotny, bo przez wszystkich okłamywany i sam mówiący nieprawdę. Grotowski czuje się tak, jakby świata w ogóle nie było, może gdzieś jest – ale gdzie, jak do niego dotrzeć? To, co widzi przed sobą, to kłamstwo, nie ułuda a właśnie kłamstwo.

Jesteśmy odcięci od rzeczywistości (ta na wyciągnięcie ręki i myśli jest sfałszowana), odcięci od rzeczywistości intensywnie odczuwanej, rozświetlonej, migotliwej, której domeną jest radość, radość życia – święto, w trakcie którego nastąpi wreszcie „happy birthday”: odrodzenie zmysłów, powrót do rzeczywistości, kontakt z żywiołem, który przyniesie nam wyzwolenie. Dopiero wtedy będziemy jak „człowiek-ptak, człowiek-źrebak, człowiek-wiatr, człowiek-słońce, człowiek-brat” – z tym ciągiem rymuje się, dla tego ciągu dopiero jest refrenem „happy birthday”. „Jak żyć by można”, „Świat powinien być miejscem prawdy”, „Święto” i – niepokojąco zapewniające niedowiarków – „To święto stanie się możliwe”. Wystarczy przeczytać tytuły tekstów, by zdać sobie sprawę z tego, że świat, w którym żyje, a przynajmniej mówi Grotowski, nie jest miejscem prawdy, nie jest świętem; to „pierdolony” świat, w którym jesteśmy skazani na „fucky birthday”. Pijany Grotowski nie jest więc niekonsekwentny, nie ujawnia – tego chce Schechner – innego oblicza. Przeklęta przyśpiewka z 11 sierpnia płynie wprost z jego rozpoznania świata i jest tego rozpoznania esencją. Szampan i wódka pozwoliły Grotowskiemu jedynie zsyntetyzować własny światopogląd. I nie chodzi tu – jak chce Kolankiewicz – o Polskę, o tę konkretną decyzję opuszczenia kraju, przyjaciół, w pewnym sensie życia. Teraz jest za późno, by się poddać. Grotowski chciał się pożegnać z życiem – dosłownie – trzynaście lat wcześniej.

W liście pisanym z Kalkuty 10 sierpnia 1969 roku, a więc na dzień przed swoimi trzydziestymi siódmymi urodzinami, Grotowski przypomina Eugenio Barbie o tabletkach nasennych, które włoski reżyser ma mu kupić i przesłać: „Proszę, niech Pan nabędzie dla mnie to lekarstwo nasenne (medykament), jak będę we wrześniu na tornée, podam Panu adres, gdzie przesłać. Także, ale to już mniej ważne, lekarstwo Pancreatinum, które Pan zapisał. Ale główne jest to pierwsze [podkreślenie Grotowskiego]”. Ta dość dziwna prośba byłaby zrozumiała (kłopoty ze snem), gdyby nie przypis, którym Barba postanowił opatrzyć cytowany fragment w „Ziemi popiołu i diamentów”. Pisze w nim: „Grotowski poprosił mnie, bym postarał się o truciznę dla niego”, zaś dalej wyjaśnia, że „medykament” miałby posłużyć Grotowskiemu w trakcie ewentualnego aresztowania przez władze komunistyczne, by uniknąć tortur. Tylko że przypis ten jakoś nie klei się z sytuacją Grotowskiego. Jeżeli groziło mu aresztowanie i tortury (dlaczego?), a musiała być to groźba realna, skoro dalszy ciąg listu jest właściwie pożegnaniem, to po co Grotowski miałby wracać do Polski? W końcu w 1982 roku „zadecydował” – pisze Kolankiewicz – że nie wróci. Znowu, jeśli „medykament” miał być zakupiony jedynie na wszelki wypadek, to po co Grotowski żegna się z Barbą?

Dalszy ciąg listu brzmi następująco: „Myślę, że to ostatnie moje seminarium w Holstebro (rzeczywiście: ostatnie) jest jakimś ważkim symptomem. Obiektywnie. Myślę, że to, co przede mną, nie będzie łatwe i modlę się, abym do tego dorósł. Jutro kończę 36 i zaczynam 37 lat. Młodość przeszła, nie była zła. Co się we mnie zmieni? Byłem chyba i starcem, i dzieckiem jednocześnie. Ale teraz powiem jak starzec: to bardziej świat się zmienia. Oby dane mi było, kiedy przyjdzie czas, odejść godnie. Mocno Pana obejmuję i bardzo Panu wierzę”. Ostatnie seminarium (rzeczywiście: ostatnie), podsumowanie życia, godność w obliczu śmierci – tak nie pisze ktoś, kto ma zamiar poprowadzić za chwilę działania parateatralne. Mówi tak z pewnością ktoś, kto już nigdy nie chce robić teatru. Kto nie chce żyć, cierpi na ostrą depresję.

Może Barba tuszuje w przypisie rzeczywisty stan psychiczny Grotowskiego, może wreszcie Grotowski – „łgarz” Schechnera – nie wyjawił Barbie prawdziwych motywów swojej prośby. Może działania parateatralne z lat siedemdziesiątych były dla Grotowskiego ratunkiem przed śmiercią. Ostatnim sprawdzianem, czy „święto stanie się możliwe”? Walką z melancholią i bezsensem życia, kolejną próbą wyjścia z grobowca. Wydarzenia z 11 sierpnia 1982 roku znaczyłyby, że Grotowski w grobowcu pozostał.