KULTURA NA RAUSZU:
Bal czarno-biały

Paweł Soszyński

Słynny bal wydany w listopadzie 1966 roku przez Trumana Capote'a szybko okrzyknięto w Stanach „balem dekady”. Kto nie został na niego zaproszony – trafiał do towarzyskiego lamusa

Jeszcze 3 minuty czytania

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech Trumana Capote'a był jego głos. „Usłyszeć go mogą tylko psy” – tak drwiono z jego piskliwej barwy w 1944 roku, w korytarzach „New Yorkera”, gdzie Capote pracował jako goniec. „Brzmi jak foczka” – żartowano na nowojorskich salonach. Rzeczywiście, słuchając dziś archiwalnych nagrań, ciężko przywyknąć do zawrotnie wysokiego tonu, jakim pisarz czyta swe opowiadania. A jednak w 1966 roku opinia publiczna na temat głosu Capote'a miała już do powiedzenia coś zupełnie innego – jazgotliwa foczka przemieniła się w ciągu dwudziestu lat w słowika: „Publiczność siedziała jak zaczarowana i słuchała jego wysokiego, jasnego, nieco nosowego głosu” – pisał Granville Hicks w tekście „The Story of an American Tragedy”. Z pewnością na tę zmianę duży wpływ miała niesłychana kariera pisarza, której zwieńczeniem była powieść „Z zimną krwią” okrzyknięta przez krytyków arcydziełem. Do ostatecznego triumfu brakowało Capote'owi tego, co uwielbiał najbardziej – przyjęcia, balu, który olśniłby cały Nowy Jork, centrum ówczesnego świata. Kryształy, srebra, smokingi, suknie – wszystko to miało być wprzęgnięte w imponującą koronację, którą przygotował i wyreżyserował dla siebie Capote. „Chciał wydać największy i najwspanialszy bal, o jakim kiedykolwiek słyszano” – opowiadała wiele lat później jedna z jego przyjaciółek biografowi Capote'a, Geraldowi Clarke’owi.

rys. Wit Konopacki

Data: 28 listopada 1966. Miejsce: hotel „Plaza” – świątynia amerykańskiej socjety, miejsce niedostępne, spektakularne, marka-symbol, wybuchowa mieszanka stylu, bogactwa i gwiazdorskiej obsady. Przestrzeń, w której bezpiecznie nie czuł się ani Clark Gable, ani Jacqueline Kennedy, a każda ze sław chcąc nie chcąc występowała w roli aspiranta. Przesada? Z pewnością. „Czemu nie?” – odpowiedziałby Capote z chytrym uśmiechem. Ten „kot dachowiec”, który zakradał się tylnymi drzwiami do rezydencji bogaczy, „stawał na ganku i żałośnie zerkał w stronę kuchni” – jak drwił z dzikich ambicji pisarza Oliver Smith – terminował na „ganku” sław i bankierów wystarczająco długo, by wiedzieć, czego się lękają i czego rozkosznie pragną. „Spełnione życzenia”, ostatnia, niedokończona powieść Capote'a, którą – z właściwą sobie przesadą – autor okrzyknął, jeszcze przed napisaniem pierwszej strony, amerykańskim „W poszukiwaniu straconego czasu”, może nie zdradza Proustowskiej przenikliwości, ale z pewnością imponuje znajomością obyczajów społecznych wyżyn. Jest też równie złośliwa, a dla Capote'a była rodzajem społecznego samobójstwa. Zanim je popełnił, przez jeden wieczór był tego społeczeństwa najwyższym kapłanem.

Capote, który nie cenił niczego tak bardzo jak wyczucia i smaku, nakazał swym gościom włożenie strojów wyłącznie w kolorach czarnych i białych, co dotyczyło także biżuterii – sprytne posunięcie: czarne perły i diamenty to w końcu trufle na jubilerskim stole. Bal miał być maskowy – jedynie maski miały ubarwiać szykowną prostotę czarno-białych sukni i smokingów. „Zwykle zblazowana elita towarzyska tego miasta niczym stado gęsi trzepocze skrzydłami z powodu nie tak całkiem prywatnego przyjęcia, które pisarz Truman Capote wydaje dla pięciuset osób w najbliższy poniedziałek” – irytował się dziennikarz „The Washington Post”. Rzeczywiście, bal czarno-biały był jak elektryczny wstrząs aplikowany przez Capote'a nie tylko wybrańcom, znajdującym zaproszenia w skrzynkach pocztowych, ale – głównie – tym, którzy mieli statystować przed hotelem: dziennikarzom i gapiom. „Napięcie było tak duże, że za jego pomocą można by przeprowadzić egzekucję na krześle elektrycznym” – to zdanie z prozy Capote'a idealnie nadaje się do opisania atmosfery, która przeniknęła Nowy Jork i cały kraj. Klientki zabijały się o najlepszych projektantów, prognozy balowej mody zapełniały strony poczytnych magazynów. „Nigdy nie widziałem, żeby kobiety aż tak bardzo przejmowały się tym, w co zamierzają się ubrać” – dziwił się Halston, amerykański projektant. Ludzie tracili rozum, a Capote zacierał ręce.

Truman Capote / fot. PAP„Jest mitem to miasto, jego pokoje i okna, plujące parą ulice, dla każdego innym mitem, głową bożyszcza” – pisał o Nowym Jorku w 1946 roku Capote. Przez cały listopad 1966 roku mit był tylko jeden, a „bożyszcze” wcieliło się w jedną osobę. Capote przestał być jedynie pisarzem, zmienił się w symbol. Niestety nie za sprawą swojej twórczości, czego nigdy nie wybaczyli mu zbulwersowani akademicy przyznający literackie nagrody. Ich zdaniem Capote ośmieszył sztukę – nie tylko własną, a „Z zimną krwią” nie zdobyło Narodowej Nagrody Książkowej. Uznano, że jej autor jest postacią zbyt komercyjną (jak stwierdził Saul Maloff – członek jury). Był to ogromny cios dla Capote'a, który pragnął uznania literackiego establishmentu; wkrótce nadarzyła się okazja do zemsty. Capote stwierdził, że powieść Maloffa „uśpiłaby nawet kangura na haju”.

Niechęć jury do autora „Z zimną krwią” wzięła się właśnie z szumu, jaki powstał wokół balu „genialnego pisarza”; w jego trakcie literacki salon zmienił się w targowisko próżności. „Lista gości przypomina międzynarodowy wykaz kandydatów na gilotynę” – kpił Leo Lerman w „Timesie”. Dla tej listy Truman był tym, czym Maria Antonina dla Wersalu. Był on zresztą Antoniną i Ludwikiem XVI w jednej osobie. Mia Farrow, Frank Sinatra w masce kota, Billy Baldwin w złotej masce jednorożca od Tiffany’ego, Andy Warhol, księżna Luciana Pignatelli z dziesięciokaratowym brylantem, Gloria Guiness w naszyjnikach z diamentów – tak ciężkich, że konieczna była interwencja fizykoterapeuty, maharadża i maharani Dżajpuru, Lee Radziwill – siostra Jacqueline Kennedy i jedna ze słynnych „łabędzic” Capote'a czyli kobiet, które uważał za najbardziej stylowe. Oprócz tego śmietanka bankowości, polityki i biznesu. Co ciekawe, zaproszenia nie przyjęła Jacqueline Kennedy, Audrey Hepburn (grająca w ekranizacji „Śniadania u Tiffany’ego) oraz Elizabeth Tylor. Mniej dziwi nieobecność zaproszonego księcia Windsoru – mówi za to wiele o apetycie Capote'a i wrażeniu, jakie chciał zrobić na gościach oraz mediach. A te przypuściły atak na hotel „Plaza” – nie mniejszy, niż w dniu przyznawania Oscarów.

Korespondenci bezustannie kursowali między pierwszą linią frontu a budkami telefonicznymi, skąd zdawali gorączkowe relacje biurom prasowym: podano szampan marki Taittinger, o północy proste zakąski: zapiekanka z kurczaka i ziemniaków, kiełbaski, spaghetti bolognese. Pijana Lauren Bacall w trakcie tańca wyrżnęła na parkiecie! Wypity Sinatra odwieziony do domu. Capote też pił – zapewne na umór. Jak twierdził jeden z jego kochanków, Rick, Capote zwykle „pił, żeby się upić. Zamawiał potrójną wódkę z sokiem pomarańczowym”. Alkoholizm pisarza przybrał na sile szczególnie w trakcie pisania „Z zimna krwią” – powieści, która wiele go kosztowała, zbyt wiele, jak sądzili jego przyjaciele. Tymczasem trzymał jeszcze pion, upaść miał dziesięć lat później.

Towarzyszący reporterom zdesperowany tłum, rekrutujący się nie tylko spośród łowców autografów, w wymaganych strojach czarno-białych i zbawiennych w tej sytuacji maskach, starał się przedrzeć za wszelką cenę do hotelu. Dla wielu była to sprawa życia i śmierci – tej nocy za progiem „Plazy” ławki grzał społeczny margines.

Mimo rzęsistego deszczu, o dwudziestej drugiej trzydzieści wytworny mężczyzna w białym fraku, stojący w drzwiach Wielkiej Sali Balowej, operowym szeptem szambelana zadał pierwszą serię pytań tłoczącym się gościom: „Państwa godność, proszę”, po czym zwracając się do Capote'a, obwieszczał uniesionym głosem znakomite nazwiska. Wielu odstręczyła ta jawna fanfaronada. Inni nie mogli usiedzieć z uciechy. W następnych dniach do redakcji „Time'a” przysyłano pełne oburzenia listy. Jeden z czytelników świetnie skomentował sprawę: „Truman Capote miał ubaw, i co z tego? Mamy czytać jałowo brzmiące analogie między rzymskim imperium a Stanami Zjednoczonymi za każdym razem, kiedy ktoś urządzi sobie przyjęcie?”. Rzeczywiście, podobne analogie nasuwały się same.

Bal czarno-biały był jednak żartem tylko do pewnego stopnia, a Capote – ucieszony jak dzieciak – wcale nie grał roli imperatora, był nim rzeczywiście, rzeczywiście chciał nim być. Spełniał swój sen z dzieciństwa, marzenie z Nowego Orleanu. Już wtedy był przekonany, że ten „mały pedał” da jeszcze wszystkim do wiwatu. Zemsta? Przede wszystkim! W prasowych doniesieniach więcej miejsca poświęcano tym, których pisarz nie zaprosił na bal, niż przybyłym. Wielu twierdziło, że Capote zdobył 28 listopada pięciuset znakomitych przyjaciół i kilkadziesiąt tysięcy zaciekłych wrogów. Jednak nawet tych pięciuset już wkrótce miało odwrócić się od swego dobrodzieja. „Magnes o wysokości stu sześćdziesięciu centymetrów” z kroniki towarzyskiej „The New York Timesa” zmienił się w „maleńkiego terrorystę” z „Woman’s Wear Daily”.

Wszystko za sprawą nowej książki, a właściwie jednego z jej rozdziałów, „La Côte Basque” opublikowanego w listopadowym numerze „Esquire” w 1975 roku. W tym rozdziale, nie siląc się na zbyt wyrafinowane literackie przebieranki, sportretował on swoich wysoko postawionych znajomych – w okropnym świetle. Tennessee Williams w jednym z wywiadów powiedział wprost: „To, co Capote napisał, jest szokująco odrażające i oszczercze” (w jednej ze scen „Spełnionych życzeń”  był on pierwowzorem Wallace’a – klienta gejowskiego burdelu). Dla innych „zdrada” Capote'a była zbyt wielka – Ann Woodward połknęła śmiertelną dawkę Seconalu. Pisarza uznano za mordercę, niewdzięcznika, który zdradził tych, którzy łaskawie przyjęli go do swego grona. Capote był skończony.

Bal czarno-biały okazał się wierzchołkiem góry, z której Capote stoczył się w niewyobrażalnym tempie, na samo dno. Do alkoholu dołączyły narkotyki. Banicja, na którą został skazany – on, który żył uwielbieniem innych – wpędziła go w depresję tłumioną coraz większymi dawkami leków. Bale i rauty zmieniły się w osobliwe popijawy w szemranych gejowskich klubach, gdzie z obrzydzeniem, na gorącym uczynku, mieli przyłapywać Capote'a niegdysiejsi towarzysze zabaw (o czym informowali opinię publiczną ze szczegółami). Capote udzielał coraz bardziej żenujących wywiadów, najczęściej „na gazie”, w których porównywał siebie z Proustem, konfabulował na temat najnowszej powieści, która lada moment miała się pojawić w księgarniach, a nad którą najprawdopodobniej nie miał siły pracować. Do tego dochodziły toksyczne romanse z barmanami i kłopoty finansowe. Oraz niechęć akademików.

Przebłysk jego złośliwego humoru rodem ze starych, dobrych lat, znaleźć można już tylko w jego testamencie. Ufundował nagrodę, którą przeznaczył  – zapewne chichocząc – wybitnym literackim krytykom.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.