KULTURA NA RAUSZU:  Lunch Mistrzyń
Marilyn Monroe, Karen Blixen i Carson McCullers / University of Wisconsin Press

KULTURA NA RAUSZU:
Lunch Mistrzyń

Paweł Soszyński

5 lutego 1959 roku w amerykańskiej willi pisarki Carson McCullers spotkały się Karen Blixen i Marilyn Monroe. Panie miały bawić się tak dobrze, że – jak twierdziła McCullers – skończyły, tańcząc wspólnie na stole

Jeszcze 2 minuty czytania


Ten finalny taniec to chyba przesada. Po pierwsze w nie najlepszej formie była sama gospodyni lunchu, która po serii wylewów cierpiała na niedowład lewej strony ciała. Z pewnością taniec na stole nie wchodził w grę w przypadku wtedy już ponad siedemdziesięcioletniej Blixen, która w 1959 roku odbywała – jak się wkrótce okazało ostatnie – tournée po Stanach. McCullers nie należy wierzyć nie tylko ze względu na wiek pisarki – w końcu zaprawionej w afrykańskiej dżungli. Ten taniec jest wątpliwy głównie ze względu na wysublimowaną, anorektyczną dietę Blixen, a co za tym idzie – jej nadzwyczajną wątłość. Truman Capote pisał o Isak Dinsen (literacki pseudonim baronowej Blixen): „ważąca tyle, co garść pierza, i krucha jak bukiet coquillage”. Rzeczywiście, na zdjęciach z lunchu u McCullers widzimy czarująco uśmiechniętą baronową, ale uśmiech ten rysuje się na wychudzonej, już za życia zmumifikowanej twarzy.

Trzydzieści siedem kilogramów – tyle pod koniec życia miała ważyć pierwsza dama duńskiej literatury, odżywiająca się jedynie ostrygami i cząstkami grejpfruta skąpanymi w szampanie. „Siedzi spowita w kosmate wilcze skóry oraz angielskie tweedy, ze stopami w futrzanych butach, nogami cienkimi jak udka ortolana, obleczonymi w wełniane pończochy, i szyjką, która mogłaby zmieścić się w pierścieniu. Czas wysubtelnił ją” – notuje dalej Capote po wizycie w słynnym Zajeździe w Rungsted, gdzie urodziła się i umarła Blixen, nie zdając sobie najwidoczniej sprawy, że czas nie miał z tą postępującą „subtelnością” wiele wspólnego.

Karen Blixen, 1959 rok / fot. Carl Van Vechten


Po przyjeździe do Stanów, Blixen zapytana o to, kogo szczególnie życzyłaby sobie spotkać, odpowiedziała bez wahania: Marilyn Monroe. W tym celu zaaranżowany został ów lunch, unoszony rzeką martini, w willi McCullers w South Nyack, dwadzieścia kilometrów od Nowego Jorku. Był to ten sam dom, który w 1967 roku, po śmierci właścicielki, również pisarki, za sprawą Tennessee Williamsa zaliczony został do amerykańskiego dziedzictwa kulturalnego i zmieniony w dom twórczy. Jednak najpierw, 5 lutego 1959 roku, spełniło się w nim marzenie duńskiej baronowej.

Wcześniej tego dnia Blixen wygłaszała mowę z okazji dorocznego obiadu w American Academy of Arts and Letters. Carson McCullers, która od czasu wydania powieści „Serce to samotny myśliwy” w wieku 24 lat, uznawana była za złote dziecko amerykańskiej prozy, postarała się, by siedzieć obok Blixen. To złote dziecko było jednocześnie enfant terrible nowojorskich salonów literackich: reumatyzm, apopleksja, głęboka neuroza – wszystkie dolegliwości 42-letniej pisarki utopione były w wielkich dawkach alkoholu. McCullers była ogromną fanką Dunki. Jej „Pożegnanie z Afryką” miała czytać przez dekady wciąż od nowa i od nowa, a samą Blixen zawsze traktowała jako „zmyśloną przyjaciółkę”. Nic więc dziwnego, że gdy tylko usłyszała o marzeniu baronowej, szybko zagadnęła Arthura Millera, czy – jeszcze tego samego dnia – mógłby sprowadzić do jej willi słynną żonę.

Carson McCullers, 1959 rok / fot. Carl Van VechtenMarilyn Monroe, która, zdaniem Millera, nie miała zielonego pojęcia, kim jest McCullers i Blixen, stawiła się na ulicę South Broadway 131 w czarnej, wydekoltowanej sukni, otulona w kołnierz z futra, czym wzbudziła ogromny entuzjazm Blixen. Zresztą sama baronowa porzuciła w domu wilcze skóry, tweedy i futrzane kapcie, by na nowojorskich salonach brylować w mniej skandynawskich, bardziej paryskich turbanach, szalach i tunikach. Tylko rozczochrana McCullers nieco w typie Giulietty Massiny z „La Strady”, w niepozornej, byle jakiej sukience jakby żywcem wziętej ze swojej powieści, zostawała w tyle za szykownym towarzystwem.

Braki w garderobie nadrabiała jednak alkoholowym spustem. Monroe, świeżo po premierze „Pół żartem, pół serio”, nie zawiodła oczekiwań Blixen. „Myślę, że Marilyn musi robić nieprawdopodobne wrażenie na każdym, kto spotyka ją po raz pierwszy” – pisała później. „Nie chodzi o jej piękno, ale o emanującą z niej bezbrzeżną witalność, a jednocześnie rodzaj nieprawdopodobnej niewinności. Czegoś podobnego doświadczyłam, gdy w Afryce moi murzyńscy służący przynieśli mi młode lwiątko”. Być może to samo skojarzenie kazało Blixen opowiedzieć w trakcie lunchu historię o lwie, którego własnoręcznie upolowała i którego skórę przesłała królowi duńskiemu. Jednak w wilii McCullers to lew upolował baronową. „Lwiątko” odwdzięczyło się zresztą rozmówczyni własną historyjką o kluskach według przepisu teściowej, które starała się pewnego razu przyrządzić za pomocą suszarki do włosów.

Od lewej: Arthur Miller, Marilyn Monroe, Carson McCullers, Karen Blixen.

Monroe i Blixen popijały kolejne martini, gawędząc o Hollywood i Afryce. „Twarz Blixen jaśniała jak świeca w starym kościele” – zauważyła McCullers, dodając, że między pisarką i gwiazdą filmową nawiązała się czuła, wręcz miłosna nić porozumienia. „Nigdy nie zapomnę obezwładniającej siły i słodyczy, jakie wokół siebie roztaczała” – stwierdziła Blixen, wspominając spotkanie z Marilyn. Takiego wrażenia nie zrobili na niej Cecil Beaton, John Steinbeck czy Samuel Barber, nawet Truman Capote – znany z tego, że natychmiast oczarowywał wszystkich, z którymi się spotykał. Światła Nowego Jorku i amerykański sen dla Blixen rozbłysły dopiero w osobie seksownej blondynki w kołnierzu z futra i diamentowych kolczykach.

Pod koniec lunchu gospodyni włączyła płyty, atmosfera stawała się coraz bardziej familiarna. To właśnie wtedy Monroe, Blixen i McCullers miały wskoczyć na stół i wykonać legendarny taniec wśród oliwek wysypanych z przewróconych kieliszków. Być może rzeczywiście tańczyły, może nawet Marilyn udało się poderwać z fotela chudziutką baronową. Arthur Miller twierdził, że taniec na stole był jedynie mitem, który stworzyła McCullers, może po to, by zrealizować choćby w fantazji dziecięce marzenia o Blixen – zmyślonej przyjaciółce.

Karen Blixen zmarła trzy lata później w swoim Zajeździe w Rungsted, jej ciało nie wytrzymało wieloletniej, eterycznej diety. Podobnie McCullers, która pogrążała się coraz głębiej w chorobie alkoholowej, coraz bardziej zamknięta w sobie i socjopatyczna – zmarła sparaliżowana po krwotoku do mózgu w 1967 roku.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.