OTUCHA: Piękna barykada
BOB May CC BY-NC-SA 2.0

9 minut czytania

/ Literatura

OTUCHA: Piękna barykada

Paweł Soszyński

Złapać trochę słońca! To jedno z pragnień literatury oskarżanej o eskapizm. Przyznać trzeba, że to nieliche zadanie. Bo słońca ma tu złapać zarówno czytelnik, jak i język, który do czytelnika mówi

Jeszcze 2 minuty czytania

„Spotkałem go na plaży w Maroku – wspomina James Sherwood – Firbank był wyraźnie zafascynowany układem kamyków na piasku. Obok niego leżała sporych rozmiarów książka otwarta mniej więcej w połowie. «Co czytasz?», zapytałem. «Nie czytam», odpowiedział. «Wyprowadziłem ją tylko na chwilę, żeby złapała trochę słońca»”. Złapać trochę słońca! To jedno z pragnień literatury oskarżanej o eskapizm. Przyznać trzeba, że to nieliche zadanie. Bo słońca ma tu złapać zarówno czytelnik, jak i język, który do czytelnika mówi.

W eskapizmie to często forma jest tym, co ma czytelnika intrygować, pobudzać, może drażnić. Eskapizm radzi sobie ze światem także na inne sposoby, choćby tak, jak we wspomnianej anegdocie Firbank – poprzez dezynwolturę, dystans, ironię, żart. Lub zgoła inaczej – uważnie przyglądając się marginesom, dziwiąc się światu całkiem serio. Eskapizm czyli ucieczka. Tylko dokąd? W język, formę, to, jak świat jest, a nie jaki jest. A może w eskapizmie tkwi nadzieja – na piękną barykadę?

Najciekawszy, i najbardziej irytujący oponentów, jest w eskapizmie język. Język wykwintny, kwiecisty, czy – straszne słowo – cyzelowany, język absolutnie krzątający się wokół samego siebie, i z tej krzątaniny wyprowadzający świat. Zwykle w oczach krytyków eskapizmu ma on jedynie pokryć artystyczną wydmuszkę. I może to prawda, choć w literaturze eskapizm pozwala na intensyfikację doznań właśnie poprzez niuansowanie językowej struktury tekstu – w mikro- i makroprzebiegach narracyjnych. Działa to jak dreszcze wciąż przebiegające przez tkankę języka.

Weźmy choćby z Nabokowa to zdanie: „Jej alabastrowo blade nogi i lilowa szyja utworzyły na jeden pamiętny moment przemiłą antyfonę (wyczuwalną muzykalnym kręgosłupem) z mym upragnieniem Lolity”. Można by to powiedzieć prościej, mówi zresztą prościej Stiller w swoim tłumaczeniu. Ja jednak wolę przekład Kłobukowskiego – znacznie bliższy rozpasaniu i wytwornej (auto)ironii oryginału, choć dzieje się to za cenę pewnej poetyckiej ingerencji w tekst. To jest język rozgrzany, rozciągliwy, cudownie kowalny. Zastyganie w lapidarnym konkrecie, ale w odpowiednio ustawionym pryzmacie, który rozprasza bez ustanku znaczenia, opowiada o niepodobieństwach, o nerwowym ruchu znaczeń wewnątrz zapisanego zdania. Takim migotliwym językiem posługiwała się również Virginia Woolf, która głównie różnicowała w swojej prozie światłocień – tak, by doprowadzić do nagłej, olśniewającej trójwymiarowości obrazów. Jeśli u Nabokova językowy ciężar położony jest na interakcję, bezustanne interferencje między zjawiskami i bohaterami, tak by dyrygować (jak czarnoksiężnik z posłowia do „Lolity”) ruchem ciał i pragnień, to u Woolf nacisk pada na statyczne obrazy, opisy: sukni, pokoju, nieba, trawy. Tak, by w przygotowanym starannie tle nagle coś znienacka zaświeciło. Jest to język rauszu, przebłysków świadomości – znacznie bardziej niż narracja melancholijna.

Wspomniany Firbank jest zdecydowanie bardziej oszczędny, ale to, co u Woolf czy Nabokova dzieje się na poziomie pojedynczych zdań (i dlatego może być to lektura męcząca), u niego dzieje się w scenach: zestawieniach przedmiotów, słów, gestów. Do mistrzostwa tę technikę doprowadziła Jane Bowles, która męczyła się nad zdaniami, a oddech łapała dopiero na poziomie całego opowiadania, w którym zresztą zwykle nic się nie wydarza. Radość czerpiemy dopiero, kiedy uzmysłowimy sobie zadziwiającą kompozycję świata, który pisarka chce nam pokazać, krążąc po marginesach rzeczywistości „wartej opisu”. Choćby jej „Wszystko jest przyjemne”, którego klarowna narracja przypomina wędrówkę słońca po murze. Opowiadania zebrane w tomie „Proste przyjemności” to zbiór siedmiu przebłysków, które pozostawiają czytelnika z przyjemnie rozchwianym błędnikiem. Oczywiście Firbank to wielbiciel campu, podczas gdy Bowles zapisuje nieistotne momenty życia, ale tak, że zyskują one nieokreśloną i dlatego fascynującą wagę. Jej świat zdaje się na nas spoglądać, na ułamek chwili spojrzenie świata i czytelnika spotykają się. Być może stąd ten zawrót głowy.

Co innego Jean Genet. Jego „Cud róży” czy „Matka Boska Kwietna” to eskapistyczne antypody Woolf czy Bowles. I rozbuchana grafomania. Język Geneta przypomina kreskę pornograficznych rysunków Tom of Finland. Zresztą temat też jest ten sam. Wszystkie te pełne naprężone krocza opisane językiem barokowego mistyka podniecają jednak bardziej dzięki soczystości języka niż erotyce obrazu. Dziwnie łączy się w nim ciemna seksualność z marzeniem pensjonarki. „Chciałem w myślach powrócić z pielgrzymką w towarzystwie Pierrota i kochać się z nim za żywopłotem z laurów skąpanych we mgle, na mchu i wilgotnych liściach” sąsiaduje tu z obrazoburczym „a oni w błotnistych okopach ciągnęli druta”. Może zresztą taka jest strategia Geneta: stworzyć świat wyobrażeń gejowskiego dojrzewania, taki, który niczego, żadnej przesady się nie boi, a może nawet tą przesadą walczy o własny, pedalski głos urągający wrażliwości reszty społeczeństwa. I literackiemu smakowi. Genet porusza się po seksualnych granicach, obrzeżach, zaułkach, także w języku.

Trudno o eskapizm oskarżyć Elfriede Jelinek. A jednak jest to pisarka, która również drąży w języku i poprzez język oskarża świat, mieszczaństwo, kapitalizm. Tu język okrywa wszystko, wrasta w powierzchnię jak mech, zapowiadając nieunikniony rozkład społecznego consensusu i mieszczańskiego przedmieścia. To praca powolna, ale radykalna – czuć w niej wysoką temperaturę kompostu. Dzięki Jelinek widzimy inaczej, świat rozpada się na naszych oczach, ujawnia swoje tworzywo, swoją językowość. A skoro jest on tylko w języku, to można go podważać, ułożyć inaczej, a przynajmniej pokazać – jak w „Alicji w Krainie Czarów” – że to tylko talia kart. Lub, jak u Nabokova, sztuczka sztukmistrza.  „Moją prywatną tragedią – pisze Nabokov – jest to, że musiałem porzucić swój naturalny idiom, swobodną, bogatą i bezgranicznie posłuszną ruszczyznę dla drugorzędnej angielszczyzny, pozbawionej całej aparatury – konfundującego lustra, czarnej aksamitnej kotary w tle, domniemanych asocjacji i tradycji – jaką rodowity iluzjonista we fraku o rozwianych połach umie wprząc w służbę swej magii”.

Może więc eskapizm poprzez ucieczkę ze świata, wejście w samą strukturę języka, narracji, formy, chce nam przede wszystkim pokazać pozorność, umowność rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. I niekoniecznie musi o tym mówić wprost, jak Jelinek. A Firbank ze swoją książką na plaży jest bardziej polityczny i niepokorny, niż nam się w pierwszym odruchu (ramion) zdaje. A że to piękny front, udatna barykada, to już mniejsza z tym. Albo nie, może dlatego, że udatna, to mocno stoi, działa, odpycha za pomocą „swojej magii” napastliwą rzeczywistość, która chce rozbroić, przekabacić, zmusić do siebie wszystkich. Bo tak przecież świat działa, tak działa tak zwana bieżączka, że nas porywa jak kula śnieżna i w sobie zamyka jak w bańce. Dodatkowo przekonując, że jest jedyna i tylko ona. I tylko taka. A zatem czy eskapizm nas odrywa, wyrywa z rzeczywistości? A może odsłania przed nami głębszą strukturę rzeczy całkiem aktualnych? Żeby złapać na chwilę oddech, zobaczyć pod innym kątem, inaczej, rozregulować błędnik, który nas trzyma w pozycji pionowej i mówi, że lewa strona jest lewa, a prawa – prawa. Niebo nad nami, a ziemia pod i nic się z tym, niestety, nie da zrobić.

Bądźmy na chwilę histeryczni, manieryczni, oderwani, w nieporozumieniu z rzeczywistością, smakiem, konwenansem. Może trzeba przyjąć to zaproszenie do przesady, zabawy, gry, nieistotności, marginalności. Dajmy uwieść się przebłyskom, iluzji, zdziwieniu, choćby ogłupieniu – zdaje się mówić ta literatura. I tu załóżmy piękny front, który rozreguluje nasze zmysły nie po to, żebyśmy byli zaślepieni słońcem Firbanka, ale właśnie wyprowadzili się na ożywczy spacer. I zobaczyli we właściwym świetle to, co – jak u Woolf – nagle przebłyśnie z mroku, czy – jak u Bowles – jest w ślepej uliczce. Zróbmy coś radykalnie inaczej i wbrew, nawet za cenę śmieszności czy posądzenia o… eskapizm. Może wtedy ta ślepa uliczka się otworzy. A jeśli zaliczymy czołówkę ze ścianą? To także pomaga. 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.