„Slavic Heroes”,
czyli Kwiecień i Borowicz

Tomasz Cyz

Baryton Kwietnia od czasu warszawskiej premiery lekko ściemniał, zrobił się mocniejszy, głębszy, żarliwy. I jeśli kiedyś smakował jak wytrawne wino, to powoli przechodzi na wyższą półkę. Jest jak whisky

Jeszcze 1 minuta czytania

Zaczyna się od arii Oniegina. Tej, w której mężczyzna tłumaczy Tatianie, że może być jej bratem, ale nie kochankiem, kiedy niszczy to, co najpiękniejsze, bo czyste.

Pamiętam, jak Mariusz Kwiecień śpiewał tę arię podczas premiery inscenizacji Mariusza Trelińskiego dziesięć lat temu w Warszawie (w booklecie umieszczono też zdjęcia ze spektaklu z polskim barytonem z moskiewskiego Teatru Bolszoj z 2006 roku).
Zresztą, Oniegin pojawia się na tej płycie dwukrotnie, Czajkowski łącznie czterokrotnie (jeszcze arie: Roberta z „Jolanty” oraz tytułowego Mazepy – ta szczególnie smakowita). Nie wiem, czy to ulubiona postać Kwietnia, ale z frazami i melodiami Czajkowskiego szczególnie mu do twarzy.

„Slavic Heroes”. Mariusz Kwiecień (bar.), Łukasz Borowicz (dyr.), Polska Orkiestra Radiowa.
1 CD, Harmonia Mundi/Polskie Radio 2012.


Płyta w całości smakuje i rano, i w południe, i wieczorem, i w nocy (wiem, co mówię, sąsiedzi też). I wtedy, kiedy brzmi cavatina z „Aleko” Rachmaninowa, aria Miecznika ze „Strasznego dworu” Moniuszki, czy śpiew weneckiego gościa z „Sadko” Rimskiego-Korsakowa.

Baryton Kwietnia od czasu warszawskiej premiery lekko ściemniał, zrobił się mocniejszy, głębszy, żarliwy. I jeśli kiedyś smakował jak wytrawne wino, to powoli przechodzi na wyższą półkę. Jest jak whisky, a ta, wiadomo, im starsza, tym…

Być może nie byłoby tego efektu bez współ-udziału orkiestry (jak komuś jeszcze raz przyjdzie do głowy likwidacja Polskiej Orkiestry Radiowej, to nie ręczę za tych, którzy wysłuchali tej płyty, a nie jest nas mało). Muzycy POR, nie obciążeni graniem na co dzień w operze, potrafią cieszyć się pianem w akompaniamencie i nagłym crescendo pomiędzy frazami solisty jak dzieci. A Łukasz Borowicz, jak wytrawny mistrz (już?), jednym ruchem nie tyle ich karci, co strofuje.

Wreszcie finał – wymarzony. Końcowa aria Rogera z opery Karola Szymanowskiego. „A z głębi samotności, z otchłani mocy mej, / przejrzyste wyrwę serce, w ofierze słońcu dam!”. Kiedy w 2009 roku widziałem, jak Mariusz Kwiecień ilustracyjnym gestem kończył spektakl Krzysztofa Warlikowskiego w paryskiej Bastille, miałem nadzieję na kontynuację. Dziś słyszę to, czego wtedy nie zobaczyłem.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.