INNE PRZYJEMNOŚCI:  Mahler z magnetofonu
Andrzej Chyra / Opera Bałtycka, fot. Sebastian Ćwikła

INNE PRZYJEMNOŚCI:
Mahler z magnetofonu

Rozmowa z Andrzejem Chyrą

Kiedy zaczął się etap żmudnej techniki w nauce gry na skrzypcach, okazało się, że jestem za leniwy albo z nimi niekompatybilny. Piłowałem tak jeszcze ze trzy lata, ale wreszcie trzeba było sobie powiedzieć dość

Jeszcze 3 minuty czytania

TOMASZ CYZ: Słuchasz muzyki? Oczywiście poza sceną.
ANDRZEJ CHYRA
: Słucham. Ostatnio zresztą rzadziej gram, więc żeby słuchać muzyki, muszę to robić poza sceną. Najczęściej słucham w samochodzie, zwłaszcza na długich trasach. Głównie radiowej „Dwójki”, mam kilka swoich ulubionych audycji, z Płytowym Trybunałem Dwójki na czele. Jeśli trasa jest akurat dłuższa, to te dwie godziny mijają idealnie, a ja mogę poznać dzieło w różnych interpretacjach. Chodzę też oczywiście na koncerty – kiedyś to był głównie jazz, teraz także muzyka współczesna, najnowsza. Czasem zdarzy się jakieś przedstawienie operowe. No i słucham też oczywiście w domu. Kiedy chcę, żeby muzyka tak po prostu leciała w tle, wracam do jazzu. Ale nie słucham muzyki tak dużo, jak kiedyś. Wyłączył mi się jakiś wewnętrzny automat, który miałem, że wstawałem i od razu włączałem muzykę. Mam poczucie, że nasyciłem się muzyką, słucham jej coraz bardziej wybiórczo.

Andrzej Chyra

Aktor teatralny i filmowy, reżyser. W kinie grał m.in. u Marka Koterskiego, Krzysztofa Krauzego, Andrzeja Jakimowskiego, Jacka Borcucha, Konrada Niewolskiego, Małgorzaty Szumowskiej. W teatrze współpracował m.in. z Jerzym Grzegorzewskim, Grzegorzem Jarzyną i Krzysztofem Warlikowskim. Jest laureatem Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za rolę Roya M. Cohna w „Aniołach w Ameryce” (reż. Krzysztof Warlikowski, TR Warszawa). Od 2008 roku jest aktorem Nowego Teatru w Warszawie.

A jest ci potrzebna?
W różnych chwilach, i z różnego powodu. Jest naturalnym elementem życia, może nie tak niezbędnym jak powietrze, ale wypełnia jakąś ważną sferę. Czasem rzeczywiście działam jak automat: wsiadam do samochodu i włączam muzykę, chyba że chcę posłuchać pracy silnika, ale to już jest inna sprawa (śmiech). Mam skromne wykształcenie muzyczne – spędziłem trzy lata w ognisku muzycznym, grałem na skrzypcach, a wcześniej rok na flecie poprzecznym. Podstawowe pojęcie więc mam, ale nie jestem w stanie słuchać muzyki, śledzić jej przebiegu w sposób profesjonalny. Zwykle muzyka uruchamia moje wewnętrzne myślenie.
To nawet czasem dość zabawne. Pod koniec stycznia reżyseruję w Operze Bałtyckiej w Gdańsku „Graczy” Szostakowicza/Meyera, i od jakiegoś czasu, nawet słuchając Lutosławskiego czy Pendereckiego, myślę o Szostakowiczu. Zresztą, wykształcił się we mnie jakiś wewnętrzny próbnik: jeśli nie łapię z muzyką dialogu, kontaktu, choć się staram, to znaczy, że coś tu nie gra – nie tyle, że ta muzyka jest zła czy słaba, tylko że nie udało się jej obudzić we mnie energii.
Gdy słucham, rozwijam się. Mam wrażenie, że przez częstszy kontakt z muzyką coraz więcej o niej wiem, odkrywam w niej kolejne warstwy. Siłą rzeczy, podczas słuchania utworu kolejny raz, zaczynam rozumieć, z czego się składa, czym jest. Słucham też dla czystej przyjemności albo po to, by się obudzić. Lubię sobie czasem włączyć z rana jakiegoś Milesa Davisa – niekoniecznie elektrycznego – i obudzić się.

A jak to było z tymi skrzypcami? To dość morderczy instrument
.
Fakt. Na szczęście szybko okazało się, że nie mój. Byłem w czwartej klasie, kiedy przeprowadziliśmy się do Polkowic. W tym samym budynku, w którym mieściła się moja szkoła podstawowa, siedzibę miała orkiestra górnicza i już nie pamiętam, czy ojciec znał kapelmistrza, czy jakoś inaczej. Zacząłem grać, chodziłem w górniczym mundurze i grałem na werblu. Kapelmistrz grał na flecie, mógł pożyczyć mi instrument, ale niestety tylko na rok. To był początek lat 70., po flet można było pojechać tylko do NRD i dostać go za duże pieniądze. Ale ćwiczyłem, przez rok. Potem uznaliśmy, że może lepiej zacząć od innego instrumentu i padło na skrzypce. Dzięki grze na flecie miałem jakieś pojęcie o muzyce, więc pierwszy semestr gry na skrzypcach był super. Potem, niestety, zaczął się etap żmudnej techniki i okazało się, że albo jestem za leniwy, albo w jakimś sensie niekompatybilny ze skrzypcami. Piłowałem tak jeszcze ze trzy lata, ale wreszcie trzeba było sobie powiedzieć dość. Taka podstawowa wiedza pozwala mi, oczywiście, udawać czasem, że jako postać gram na jakimś instrumencie – byłem już saksofonistą, skrzypkiem, flecistą. W sumie na każdym instrumencie mogę prymkę zagrać. Niestety, nie zostałbym nigdy wirtuozem, w tej materii jestem raczej odbiorcą.

Chyra w operze

26 stycznia 2013 w Operze Bałtyckiej w Gdańsku odbyła się premiera opery „Gracze” (wg Gogola) Dymitra Szostakowicza w opr. Krzysztofa Meyera. Reż. Andrzej Chyra, dyr. Michał Klauza, scen. Magdalena Maciejewska, współpraca dramaturgiczna Małgorzata Sikorska-Miszczuk, obsada m.in. Jacek Laszczkowski, Leszek Skrla, Tomasz Rak, Daniel Borowski.

Wieczór dopełniła premiera opery „Skrzypiec Rotszylda” Wieniamina Fleischmanna (ukochanego ucznia Szostakowicza, którego ten uważał za geniusza i prorokował mu wielką karierę) wg opowiadania Czechowa w reż. Marka Weissa.

więcej: www.operabaltycka.pl

Żałujesz?
Mam poczucie, że to nie moja sfera. To samo ze śpiewem – wielokrotnie miałem propozycję występowania w jakichś piosenkach aktorskich i konsekwentnie odmawiałem. Zresztą, przez rok byłem nawet zatrudniony w Teatrze Rampa, ale na szczęście dla mnie teatr był wtedy w remoncie, a w chwili, kiedy miałem wejść za kogoś na zastępstwo, poszedłem do wojska. Może to był dla mnie znak, że się do tego nie nadaję.

Życzyłbym każdemu, kto nie nadaje się do gry na instrumencie, żeby miał taką scenę jak ty w „Bachantkach” w reżyserii Warlikowskiego, kiedy jako Dionizos przez dobrych kilka minut grasz na flecie chińskim…
Tu chodziło bardziej o obudzenie jakiejś energii niż muzykę sensu stricto. Teraz jestem w kropce, bo w nowym przedstawieniu Krzyśka, w „Kabarecie”, może mi grozić śpiewanie ze sceny. Trochę się tego boję.

Ewa Bieńkowska, pisarka i eseistka, powiedziała mi kiedyś, że brak muzyki towarzyszy stanom jej głębokiego smutku.

Ciekawe, może moje niesłuchanie muzyki, na pewno nie tak częste słuchanie jak kiedyś, jest jakąś diagnozą… (śmiech)

Czy muzyka jest w stanie wydobyć cię z jakiegoś bólu?

Nie wydaje mi się, żeby muzyka, która niesie jakąś emocję, na przykład jasną, pogodną, potrafiła zadziałać jak kontrapunkt. Mam raczej wrażenie, że w stanach gorszego samopoczucia słucham muzyki melancholijno-cierpiącej. Może to się znosi, nie wiem, ale na pewno nie pomaga mi się odbić.
Sam najbardziej lubię stan wewnętrznego spokoju, kiedy mam poczucie, że mogę przebierać w rozbebeszonych i porozrzucanych w nieładzie płytach. Niestety, nie jestem typem konesera odkładającego płyty po wysłuchaniu do odpowiednich opakowań, moje płyty mają swoje życie…

INNE PRZYJEMNOŚCI – wydanie otwarte

Z okazji setnego wydania uwolniliśmy autorów od redakcyjnych zamówień i przymusów aktualności. Zaprosiliśmy ich do napisania o tym, o czym być może zawsze napisać chcieli, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby ich o to poprosić. Inne przyjemności kultywowane w domowym trzecim obiegu, pod przykrywką urlopu – czasem milsze niż właściwe sukcesy. W setnym numerze dwutygodnik.com postanowiliśmy je ujawnić, chętnie przyjmowaliśmy odjazdy w nietypowych kierunkach i autorskie zajawki.

Cezary Michalski wspomina lekturę książek Philipa K. Dicka, Maciej Sieńczyk opowiada o „babuni”, Paweł Dunin-Wąsowicz o makietach miastAgnieszka Drotkiewicz przeprowadza wywiad z nieżyjącą śpiewaczką, Andrzej Chyra mówi o grze na skrzypcach, Maria Poprzęcka o tym, jak nie została artystką, Dariusz Czaja pisze o Violetcie VillasTomasz Rózycki o rocku garażowym, Stasiuk o paleniu osiem lat po rzuceniu, Iwona Kurz o przecinku, Charles Lamb i Magda Heydel o pieczonym prosięciu, Karol Sienkiewicz o Woodym AllenieBartosz Żurawiecki o Houellebecqu a Rafał Marszałek o swojej pierwszej miłości – szachach. Publikujemy także fragmenty dziennika Krystiana Lupy.

A jak jest z muzyką w teatrze? Pomaga też w trakcie pracy?
Muzyka jest częścią teatralnej atmosfery. Przypomina ci role, słowa, emocje, sytuacje. W trakcie spektaklu muzyka działa jak kompas, który pozwala zorientować się, gdzie jestem. Krzysztof Warlikowski, z którym najczęściej pracuję, bardzo lubi używać muzyki w trakcie prób. Czasem to działa, czasem pomaga bardziej jemu niż aktorowi, czasem wręcz przeszkadza, bo narzuca nastrój. To silny instrument i partner.

Ulubiona forma muzyczna? Gatunek?
Kiedyś był taki czas, że namiętnie słuchałem kwartetów. Ta forma, ten gatunek wydawał mi się pełny i wystarczający. Liderem był oczywiście Szostakowicz. Potem miałem okres kantat. Zdarzały się też odkrycia nieoczekiwane – jednym z nich był Haydn, którego muzyka wydawała mi się jakaś taka perfumowana, aż tu nagle posłuchałem „Czterech pór roku” – i zakochałem się.

Czyli nie zamykasz się na muzykę?

Nie. Choć najwięcej kłopotów mam z romantyzmem spod znaku Schumanna czy Schuberta. Choć tej tak zwanej muzyki poważnej zaczynałem słuchać od Mendelssohna. To były pierwsze płyty, które udało mi się dostać. Potem był Penderecki („Tren ofiarom Hiroszimy”), nagrania Warszawskiej Grupy Perkusyjnej, także Beethoven. Szukałem „V Symfonii”, kupiłem płytę i ciągle zastanawiałem się, gdzie jest ten słynny „motyw losu”. Okazało się, że kupiłem płytę z nagraniem „V Koncertu fortepianowego”, piątka na okładce mnie zmyliła.
Wreszcie – chyba największe licealne odkrycie, poza Szostakowiczem: „X Symfonia” Mahlera. Pamiętam, że dyrygował wielki Karajan, grali berlińscy filharmonicy. Muszę wrócić do tej płyty, odszukać ją. To wykonanie było niesłychanie energetyczne, bardzo ostre dynamicznie. Pamiętam, że już na studiach przegrałem sobie ten utwór na kasetę, i z kolegą, który dostał właśnie magnetofon, siedzieliśmy we dwóch w Dziekance i słuchaliśmy przez cały wieczór. To może dziwne, że Mahlera poznałem od końca, w zasadzie od ostatniego utworu, którego zresztą jest autorem tylko w części. Ale on jest jakimś moim centrum muzyki.

Ciągnie cię bardziej do muzyki XX wieku? I współczesności?
Chyba tak. Kiedy studiowałem reżyserię w warszawskiej Akademii Teatralnej, miałem zajęcia z historii muzyki ze Zbigniewem Bagińskim. Głównie słuchaliśmy muzyki XX wieku. Może to stąd.

Masz jakieś utwory, do których chętniej wracasz? Mógłbym zadać nieśmiertelne pytanie: jaką muzykę zabrałbyś na bezludną wyspę?

To idzie falami. Oczywiście Adagio z „Dziesiątej” Mahlera, może zresztą cała ta symfonia. Symfonie „Szkocka” i „Włoska” Mendelssohna – to mi zostało głęboko. Miałem fazę na Ravela, który zupełnie niesłusznie jest sprowadzany do kompozytora „Bolera” czy „Pawany na śmierć infantki”. Mam też słabość do kompozytorów, którzy nie są w tak zwanym ścisłym topie, jak Elgar czy Copland, którego chciałbym kiedyś wysłuchać na żywo. Będąc w Nowym Jorku, zobaczyłem, że w Carnegie Hall grają „Zaratustrę” Straussa i coś Coplanda. Oczywiście kupuję bilet, wchodzę, i słyszę, że może i grają muzykę z początku XX wieku, ale raczej nie jest to „Zaratustra”, i na pewno nie jest to Copland. Okazało się, że pomyliłem dni i w programie tego dnia był Strawiński i Czajkowski. Do Czajkowskiego nie mam kompletnie słabości, więc po Strawińskim zrezygnowałem.

Czyli słuchasz wybiórczo…
Tak, raczej się snuję.



Wywiad ukazał się w magazynie „Muzyka w Mieście”, miesięczniku wydawanym przez Filharmonię Wrocławską pod red. Piotra Matwiejczuka.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.