Humphrey Bogart –
uśmiech śmierci

Jakub Socha

Z Bogartem wiążą się historie, których nie można ze sobą pogodzić, i obrazy, które ciężko do siebie dopasować. Jest tylko jeden wspólny mianownik – śmierć. Ta zawsze była blisko Bogarta

Jeszcze 2 minuty czytania

Gdy Jonathana Amesa, bohatera nowego amerykańskiego serialu „Bored to Death”, pewnego dnia porzuca dziewczyna, która nie może już znieść jego kolejnych kieliszków białego wina i skrętów z marihuaną oraz metodycznych treningów w zabijaniu czasu, ten postanawia zostać prywatnym detektywem. Najpierw umieszcza ogłoszenie na portalu społecznościowym, potem wkłada do kieszeni jeden z kryminałów Raymonda Chandlera, zarzuca na swoje niespecjalnie imponujące ramiona prochowiec i rusza w miasto.

Nie on pierwszy chce, by jego życie zamieniło się w film, oczywiście taki, w którym będzie można być kimś takim jak Humphrey Bogart. Wcześniej podobne marzenie żywił chociażby Allan, sfrustrowany krytyk filmowy z „Zagraj to jeszcze raz, Sam”, Michel Poiccard z „Do utraty tchu” Godarda, czy Sam Marlow, bohater mało znanego obrazu „Człowiek z twarzą Bogarta”, który poddaje się nawet operacji plastycznej, by jak najpełniej upodobnić się do ikony kina.

„Kolekcja Humphreya Bogarta”, 2009
dystr. Galapagos
Na pierwszy rzut oka ich pragnienia wydają się zrozumiałe. W końcu jest coś pociągającego w byciu kimś, kto potrafi w swoich rękach przemienić rewolwer w broń niemal intelektualną; kto nigdy nie myli słownej riposty ze świetlistym słowem; kto po prostu sobie radzi – ze złem, paleniem, a nawet wrzodami.  Wreszcie, kimś, kto jest żywą emanacją słów Chandlera z jego słynnego eseju „Skromna sztuka pisania powieści detektywistycznych”: „Nędznymi uliczkami musi chodzić ktoś, kto sam nie jest nędznikiem, ktoś, kto nie jest ani zdemoralizowany, ani tchórzliwy. (…) To on jest bohaterem, on jest wszystkim. (…) Gdyby było pod dostatkiem takich ludzi jak on, świat byłby miejscem, w którym można by żyć bezpiecznie, a zarazem miejscem dość ciekawym, aby żyć w nim było warto”.

Czytając te kilka zdań, od razu widzimy sylwetkę Bogie’ego: niewysoki mężczyzna w kapeluszu, mężczyzna po przejściach, ubrany w swój słynny prochowiec. Rzadko jednak zdajemy sobie sprawę, jak bardzo zwodniczy jest to obraz, zwodniczy i w gruncie rzeczy nieprawdziwy, utrwalony zaledwie przez kilka filmów spośród ponad siedemdziesięciu, w których zagrał Humphrey Bogart.

Właśnie te kanoniczne role pojawiły się w pakiecie filmów z Bogartem, który niedawno ukazał się w Polsce. Wydawnictwo, w którym znalazły się: „Wielki sen”, „Sokół Maltański”, „Mieć i nie mieć”, „Key Largo”, „Skarb Sierra Madre” i kultowa „Casablanca”, reklamowane jest przedziwnym hasłem: „Kolekcja Humphreya Bogarta to sześć wyjątkowych filmów na DVD, do których łatwo dotrzeć, nieco trudniej pokochać”. Wydaje się, że jest wręcz odwrotnie – jeżeli kochać Bogarta, to właśnie za te filmy, za role Sama Spade’a, Philipa Marlowe’a, Ricka Blaine’a, Franka McClouda, postaci będące uosobieniem mężczyzny twardego, inteligentnego, sceptycznego, takiego, który zawsze wie, jak się zachować przyzwoicie; takiego, który zawsze gotów jest wymierzyć sprawiedliwość.

To właśnie w tych kilku filmach odnajdziemy wszystkie słynne frazy, z których pamięta się Bogarta, wypowiadane jak zwykle od niechcenia, trochę przez zaciśnięte zęby, z ledwie widocznym ruchem ust. Weźmy taką „Casablancę” i scenę, w której Rick – szlachetny cynik – odpowiada na pytania kapitana Louisa Renault (Claude Rains): „Co, na Boga, sprowadziło cię do Casablanki?”/ „Zdrowie. Przyjechałem tu do wód”./ „Wód? Jakich wód? Przecież jesteśmy na pustyni”. /„Zostałem wprowadzony w błąd”. Tak właśnie cementuje się wizerunek faceta, który w „Śmiertelnych porachunkach” określił swój stosunek do kobiet, stwierdzając, że kobieta powinna być rozmiarów kieszonkowych. Wtedy można by ją mieć zawsze przy sobie i wypuszczać z kieszonki tylko wieczorem, po ciężkiej pracy.

Tylko „Skarby Sierra Madre” Johna Hustona nie pasują do tego kanonu. Bogart gra tu niejakiego Dobbsa, wagabundę, frustrata i nieudacznika, który porywa się z motyką na słońce i rusza wraz z dwójką wspólników w skaliste góry Sierra Madre w poszukiwaniu złota. Chciwość szybko odbiera mu resztki rozumu, jeszcze szybciej luzują w nim wszelkie hamulce moralne, prowadząc go ku zdradzie, mordowi z zimną krwią a w rezultacie w ramiona śmierci. Dobbs co chwilę skacze komuś do gardła. Bez przerwy ciska się, zaciska zęby, nieustannie toczy pianę. Naprężony jak struna, na granicy szaleństwa, nie jest obrazem mężczyzny, którego zwykliśmy kojarzyć z Bogartem – sentymentalnym, idealistycznym twardzielem, który czuje odrazę do gatunku ludzkiego, a w szczególności do ludzi takich jak Dobbs.

„Skarby Sierra Madre” to bez wątpienia jedna z najlepszych ról w karierze aktora. Ale przecież nie jedyna. Pamiętajmy o tym, że Bogart równie często, jak stoickich kolosów, grywał wybuchowych desperatów, egoistów, osobników karmiących się resentymentem, mieszaniną urazy i bezsilności – osobników często brudnych, złych, niedomytych. W „In a Lonely Place” Nicholasa Raya wcielił się w scenarzystę filmowego, który dąży do autodestrukcji; w „Sirocco” Curtisa Bernhardta był drobnym szmuglerem, który niczym się nie wsławił i o którym po jego śmierci nikt nie będzie pamiętał; w „Godzinach rozpaczy” był zbiegłym więźniem, opętanym wizją zemsty, poświęcającym dla niej wszystko, nawet własnego brata, wreszcie ginącym jak zając, od strzału w plecy. Nawet w „Aniołach o brudnych twarzach” Michaela Curtisa był cynicznym adwokatem i zdrajcą. W tych wszystkich rolach, będących niejako rewersem klasycznej popkulturowej ikony Bogarta, rewersem tych wszystkich ról, w których wracał on zawsze szczęśliwie do portu albo odchodził w mgłę, spokojny i pogodzony ze światem, grane przez niego postaci zawsze przegrywają, a do tego zwykle umierają jak pies: od strzału w brzuch, w plecy, przed plutonem egzekucyjnym, zarąbani maczetą.

Te dwa odmienne typy, które grywał Bogart, odciskają się również na licznych biografiach aktora. Jedni piszą o nim jak o mężczyźnie, który nigdy nie wylewał za kołnierz, ale zawsze trzymał fason; widzą w nim stoika, obdarzonego bliżej niesprecyzowaną nadświadomością, uwielbiającego Griega i Debussy’ego, czytającego do poduszki Homera i Horacego. Nie ma powodu, by nie wierzyć tego typu podaniom, trzeba jednak pamiętać o słowach jego znajomego Pata O'Moore’e, który powiedział kiedyś: „Widywałem go tak sfrustrowanego, że siedział i cały się trząsł”.

Z Bogartem wiążą się historie, których nie można ze sobą pogodzić, i obrazy, które ciężko do siebie dopasować. Jest tylko jeden wspólny mianownik – śmierć. Tak, zawsze była ona blisko Bogarta, zresztą nie tylko w filmie. Ten urodzony w dobrej nowojorskiej rodzinie syn znanego chirurga i cenionej rysowniczki, absolwent prestiżowych szkół, przymierzany do zawodu lekarza, którego miał się uczyć na uniwersytecie w Yale, tak naprawdę nie miał łatwego życia. Jego ojciec, któremu kryzys gospodarczy zabrał  wszystko, wpędzając w alkoholizm i morfinizm, umarł na rękach syna. Jedna z jego sióstr zapiła się na śmierć; druga spędziła większość życia w zakładzie psychiatrycznym. W biografii aktora jest też miejsce na nóż, który wbiła mu w plecy podczas kolejnej awantury jego trzecia żona, aktorka Mayo Methot. Kończy ją zaś długa choroba – rak krtani. Bogart miesiącami leżał w łóżku i czekając na śmierć, przyjmował znajomych: Johna Hustona, Franka Sinatrę, Spencera Tracy. Odszedł 14 stycznia 1957 roku.

Miesiąc później w słynnym francuskim czasopiśmie filmowym „Cahiers du Cinéma” pojawił się tekst André Bazina „Śmierć Humphreya Bogarta”. Nikt od tamtej pory niczego lepszego, bardziej przenikliwego o tym aktorze nie napisał. W tym krótkim eseju, przetłumaczonym na język polski przez Bolesława Michałka, wszystko jest ciekawe i praktycznie wszystko zasługuje na przytoczenie. Być może mój tekścik powinien składać się z samych cytatów z Bazina; jednak z braku miejsca przytoczę tylko kilka zdań:
„Teraz okazuje się z całą jasnością, że nikt lepiej niż Bogart – ośmielę się powiedzieć – nie ucieleśnił immanentności śmierci, a także zagrożenia śmiercią. Nie myślę o śmierci, którą się zadaje, ani o tej, którą się przyjmuje; myślę o śmierci z odroczeniem, która jest w każdym z nas (…). Upodabniając się coraz bardziej do swojej śmierci, Bogart stworzył portret samego siebie. Nie można przeceniać geniuszu aktora, który doprowadził do tego, że polubiliśmy i zaczęliśmy podziwiać to, co w nim było obrazem naszego rozkładu”.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.